Friday, February 10, 2017

burzowo

Cześć i czołem!

Gdzieś mi styczeń uciekł. Wiem, wiem, trochę Was zaniedbałem. Wybaczcie. Tak to jest jak człowiek pójdzie do pracy. Wiem, to obrzydliwe, ale czasem trzeba.
A tak serio, pochwalę się, że nie tylko oficjalnie dostałem pracę, ale też, że mi się podoba! Sam nie wiem jak to się stało, ale podejrzewam, że piwo, a dokładniej picie piwa w pracy, po pracy i jako praca, miało swój udział w tym niecnym procederze. No i w końcu mam robotę zgodną z kierunkiem studiów: zostałem menadżerem, czy tam menagierem albo znów oficjalnie Managerem Tap Roomu.
Hanging Hills wzbogaciło się jednorazowo o dwóch pracowników, moja pierwotna robota trafiła w ręce Erica, czyli taki Arek po ichniemu. Nie wiem, czy imię było w wymaganiach, ale gościu się póki co sprawdza. Także obecnie firmę tworzy trzech współwłaścicieli i dwóch Arków. Cheers to that!

Przede mną nie lada wyzwanie. Do tej pory Tap Room był otwarty od czwartku do niedzieli. Pomysłem jest zorganizowanie Industry Night w poniedziałki, czyli otwarcie drzwi dla ludzi z branży. Przeważnie większość barów i restauracji jest tego dnia nieczynna, więc jest to okazja do świętowania dla barmanów, kelnerów, kucharzy, zmywaczy i innych „serwisantów”, w obydwu wersjach płciowych. Pierwsza nasza impreza nie ściągnęła oczekiwanej ilości osób, może wyszło to trochę niefortunnie, gdyż było to dzień po Superbowl, wygranym przez drużynę z podwórka obok, a może po prostu musimy jeszcze popracować trochę nad promocją. Jestem otwarty na Wasze propozycje.

Superbowl to w Stanach wielkie wydarzenie. I to na trzech płaszczyznach, gdyż jest to jednocześnie święto sportu, muzyki i reklamy. Sam sport, nawet uwzględniając historyczny przebieg meczu, nie wywołuje u mnie większego poruszenia, za to muzyczne show w przerwie oglądałem nie tylko z radością, ale i z zachwytem, mimo, iż Lady Gaga nie należy do moich ulubionych artystek. Logistycznie, technicznie i artystycznie na szóstkę! Albo po amerykańsku na A!
W kwestii reklam był to, jak dla mnie, średni rok. Nie mogło zabraknąć akcentów związanych z imigracją, ale za to zabrakło tego czegoś, co zapadałoby w pamięć. Dobrze, że chociaż dali krótki zwiastun drugiego sezonu Stranger Things. Kto nie oglądał niech koniecznie nadrobi zaległości.

Nie wiem jak to jest, że Amerykanie wszystko muszą mieć większe. Domy, samochody, telewizory, porcje coli w kinie… Ta lista nie ma końca. Ale, że burze! Czuję się oburzony. Wczoraj pierwszy raz byłem świadkiem burzy śnieżnej z grzmotami i piorunami. Od 8 rano do 16 popołudniu sypał śnieg. Tak na pierwszy rzut oka z okna wyglądało mi to na jakieś 30-40 cm śniegu. Sporo. Co prawda nie doszło do oblężenia i ogołocenia sklepów, ale wystarczyło, by zamknąć szkoły i pewnie większość urzędów, zaś całe rzesze ludzi dostały przyzwolenie do pracy z domu. Dla mnie oznaczało to wolny wieczór i możliwość popracowania nad tym tekstem. Także, dzięki burzo.

Napadało!
Ja nie odśnieżałem ;)

Burzyście rozpoczęła się również prezydentura Trumpa. I nie chodzi mi o same dekrety, np. o imigracji. Napotkał on sprzeciw nie tylko społeczeństwa, ale też i sądu apelacyjnego, który tenże dekret zdążył już zablokować. Myślałem natomiast o jego rozmowie z premierem Australii, która była zaplanowana na godzinę, a skończyła się po 20 minutach rzekomym rzuceniem słuchawki przez Donalda. W ogóle, jak go gdzieś tam słyszę to odnoszę wrażenie, że znam więcej angielskich słów od niego. Oszczędzę Wam dalszych politycznych tematów, ale jedną ciekawostkę przemycę. A mianowicie, osoby tłumaczące jego przemówienia mają ponoć znacznie utrudnioną pracę, ze względu na sposób formułowania wypowiedzi przez Trumpa; krótkie, niegramatyczne zdania, które w językach obcych albo nie mają swojego odpowiednika albo co gorsze, są zbyt ogólnikowe, wobec czego trudno stwierdzić o czym ten człowiek w ogóle mówi. Mam wrażenie, że to jest celowa zagrywka.

A skoro już jesteśmy przy słowach. Zastanawialiście się kiedyś nad ich realną mocą? I nie mam tu na myśli słów wypowiadanych przez przywódców państw, papieży czy innych osobistości. Myślę o nas i o słowach, które są wydźwiękiem naszych myśli. Albo czasem ich braku. Pojedyncze słowa, które zmieniają nasze życie. Wypowiedziane we właściwym, bądź niewłaściwym momencie. Choćby tak niepozorny przykład jak, wydawać by się mogło, prozaiczne słowo „praca”. W odpowiednim kontekście stanie się źródłem dochodu, dostatku, dobrobytu, kiedy indziej doprowadzi do deportacji. Skoro niepozorna „praca” potrafi zrobić taką rozróbę, to cóż uczynić mogą słowa domyślnie pełne mocy, jak „miłość”, czy „kocham”? Mocy dawania i odbierania jednocześnie.
Chyba już ostatnia obserwacja na dziś. Mam wrażenie, że tutaj, w Stanach, słowa te zatraciły swoją pierwotną moc. Jak pytacie? Dlaczego?
Klasyczne nadużycie.
Wypowiadane tak często, tak błaho, tak powszechnie. Obdarte z aury wyjątkowości i specjalności. Niemal stały się obowiązkowe przy okazji spotkań rodzinnych, urodzin, rozmów telefonicznych, czy spotkań w gronie znajomych (celowo nie napisałem ‘przyjaciół’). Czy jednak nieprawdziwe?
Kontrastowo: w naszej rodzinie nie było zwyczaju mówienia sobie „kocham Cię”, jednak miłości tam nigdy nie brakowało. Wierzę, że tak jest, bo choć wspomniane słowa mają magiczną moc, to jednak czyny stanowiły kwintesencję wspieranych przez nie uczuć.
I znowu, mam wrażenie, że tutaj doszło do pewnej zamiany wartości. Słowa stały się ważniejsze. A przynajmniej wystarczające. Zmemłane i zmęczone, powtarzane tylekroć, niczym mantra, aż dawały upragnione uczucie realności.

Czy to znaczy, że Amerykanie nie kochają? Oczywiście, że kochają. Inaczej. Mniej? Bardziej? Inaczej. To kolejna forma kopiowana z pokolenia na pokolenie, choć tak historycznie różnie doświadczającego. Inna forma niż u nas. Nasze pączki, ich donuty, nasza szarlotka, ich apple pie. Wiem, to było dziwne. Ale to przecież tylko słowa. 
Także ważcie słowa i warzcie piwa! 

No comments:

Post a Comment