Friday, November 17, 2017

rozwojowo

Witajcie!

Obudziłem się dzisiaj i z niedowierzaniem stwierdziłem, że jest połowa listopada. Nie mam pojęcia jak to się stało (w tym momencie nie może zbraknąć klasyka: „Jak to światło leci… Jak ten czas leci… Jakie to lustro brudne jest!”)*
Zwłaszcza, że ostatni post na blogu jest z lutego. Przyznam się Wam bez bicia, że zacząłem coś tam skrobać na podwójną rocznicę w czerwcu (rocznicę pobytu i dwunasty, okrągły wpis), ale gdzieś mi się wena zagubiła i powstały materiał był odczuwalnie wybrakowany.  

Zatem podejście numer dwa. Tematem dzisiejszego odcinka będzie sen. I to nie byle jaki sen, bo taki ładny, amerykański. Jakiś czas temu jeden ze stałych klientów browaru zapytał mnie o mój pogląd w tej sprawie, sugerując poniekąd, że jest to obecnie niespełniona obietnica. Jego zdaniem wielu imigrantów przybywa do Stanów pełnych nadziei na lepsze życie, a zwykle spotyka ich rozczarowanie. Nie pamiętam, czy miał tu na myśli licznych przedstawicieli Polonii z New Britain, ale wydaje mi się, że była to wypowiedź wykraczająca poza ramy narodowościowe.
I choć gdzieś w mojej głowie temat ten się przewijał to właśnie ta jedna rozmowa była czynnikiem pobudzającym zwoje mózgowe. Zdecydowanie moje losy nie są klasycznym przykładem historii od pucybuta do milionera, ale uważam, że od wolontariusza do managera też jest nieźle, a kolejne zmiany są już za zakrętem. Zastanawiałem się, czy podobna sytuacja mogłaby się wydarzyć w Polsce. Jakby wyglądały losy chłopaka, który zjawiłby się w nowo otwartym browarze z zamiarem użyczenia swych rąk do pracy. I choć znacie moje optymistyczne podejście, to tym razem nie widzę, by historia ta miała mieć równie pomarańczowe zakończenie, jak życiowy oryginał. Nie wiem, czy byłaby to kwestia mentalności, czy składek zusowskich, braku zaufania, podejrzliwości, a może powód byłby o wiele bardziej prozaiczny i po prostu finansowo niesatysfakcjonujący.

Mój czas spędzony w Polsce, pomiędzy Kanadą a Stanami, choć był jasno określony, jako przejściowy, to ulegał ciągłemu wydłużeniu i w pewnym momencie trzeba było pójść do pracy. „Do pracy? To obrzydliwe!”**
Przyznam, że przygoda z pewnym bankiem nie była może szczytem możliwości, czy też pracą marzeń, ale patrzę na nią, jako na średniego przedstawiciela rynku pracy olsztyńskiego. Pełny etat, karta multisport i porządne ubezpieczenie zdrowotne. Wszystko się zgadzało, oprócz kasy. I to mówię ja, człowiek, który nie płacił za mieszkanie, bez rodziny na utrzymaniu, czy kredytu, bez jakiegoś mocno rozrywkowego trybu życia (przeważnie), a i tak wypracowana kwota wystarczała jedynie na przetrwanie. I wielokrotnie się zastanawiałem, jak moi byli współpracownicy dawali sobie radę z dwójką dzieci i kredytem mieszkaniowym?! Do tej pory nie wiem.

Ale wracając do tematu. Śniło mi się ostatnio… Nie, nie; nie będę Wam tego robić, to zbyt pokręcony temat, który lepiej, by nie ujrzał światła dziennego. Za to amerykański sen z pewnością zmienił swoje oblicze na przestrzeni ostatnich lat, niestety przeobrażając się w wielu przypadkach w klasyczny wyścig szczurów. Ucz się, zdobywaj wykształcenie, znajdź dobrze płatną pracę, wydawaj zarobione pieniądze, pracuj więcej, zarabiaj więcej, wydawaj więcej, powtarzaj w nieskończoność.

Żeby nie było, Stany to kraj olbrzymich możliwości i dla kontrastu chciałbym przedstawić Wam dwie arcyciekawe postaci. Pierwszą z nich jest Jake Kulak, który wraz z zespołem regularnie występuje u nas w browarze. Chłopak jest obrzydliwie zdolny, gra połączenie bluesa z rockiem, a to co wyprawia na gitarze jest istnym szaleństwem. Dzisiaj są jego urodziny. Osiemnaste… Jak na swój młody wiek ma niezwykle mocno ukształtowaną osobowość sceniczną, ale poza sceną pozostaje zwyczajnym, skromnym gościem. Talent to jedno, ciężka praca to drugie, ale ilość wsparcia i zaangażowania jakie dostaje on od swoich rodziców jest bezcenna. Znów, mam wrażenie, że w większości podobnych przypadków w Polsce, taki Jasiu raczej usłyszałby: „fajnie, fajnie, graj sobie w wolnym czasie, a teraz leć szukaj normalnej pracy”. 

Jake Kulak z zespołem

Drugim bohaterem dzisiejszej opowieści jest Denis. Jest on właścicielem małej firmy produkującej świeczki. Handluje też sprzętem do wyrobu tychże świeczek. Dodatkowo zajmuje się nieruchomościami. Niedawno kupił dom do remontu. Przez 6 miesięcy czyścił, naprawiał, wymieniał, krótko pisząc, przywracał do stanu używalności zakupiony budynek, a następnie go wynajął. Dziś pisał mi, że przymierza się do zakupu dwóch kolejnych. Miesiąc temu skończył 20 lat…   

Znajomość z nim stała się dla nas inspiracją. Pośrednio dzięki niemu, jesteśmy w trakcie zakupu naszej pierwszej nieruchomości. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, a na to się zapowiada, to staniemy się nowymi właścicielami w okolicach 20.12.! Planujemy nabyć dom składający się z trzech mieszkań, dwa są obecnie wynajmowane, a my wprowadzimy się do mieszkania na drugim piętrze (amerykańskim trzecim, tu się nie uznaje parteru). Tu macie fotki poglądowe.

tyły domku

przód domku

domek w 1903 roku

Dom ten został wybudowany w 1900 roku, także ma już swoje lata, ale, jak wykazała przeprowadzona przedwczoraj inspekcja, jest w całkiem dobrym stanie. Zdrowe fundamenty, uaktualniona elektryka, nowy dach… Jest dobrze. Do tego jest w bardzo przyjemnej lokalizacji. Także wygląda na to, że niebawem staniemy się landlordami. I tym newsem będę kończyć dzisiejszy odcinek. Newsów jest więcej i więcej będzie się działo w najbliższej przyszłości, także możecie spodziewać się kolejnych wpisów niebawem. A tymczasem, tradycyjnie, trzymajcie się ciepło.




No comments:

Post a Comment