Witajcie!
Obudziłem się dzisiaj i z
niedowierzaniem stwierdziłem, że jest połowa listopada. Nie mam pojęcia jak to
się stało (w tym momencie nie może zbraknąć klasyka: „Jak to światło leci… Jak
ten czas leci… Jakie to lustro brudne jest!”)*
Zwłaszcza, że ostatni post na
blogu jest z lutego. Przyznam się Wam bez bicia, że zacząłem coś tam skrobać na
podwójną rocznicę w czerwcu (rocznicę pobytu i dwunasty, okrągły wpis), ale
gdzieś mi się wena zagubiła i powstały materiał był odczuwalnie wybrakowany.
Zatem podejście numer dwa. Tematem
dzisiejszego odcinka będzie sen. I to nie byle jaki sen, bo taki ładny,
amerykański. Jakiś czas temu jeden ze stałych klientów browaru zapytał mnie o
mój pogląd w tej sprawie, sugerując poniekąd, że jest to obecnie niespełniona
obietnica. Jego zdaniem wielu imigrantów przybywa do Stanów pełnych nadziei na
lepsze życie, a zwykle spotyka ich rozczarowanie. Nie pamiętam, czy miał tu na
myśli licznych przedstawicieli Polonii z New Britain, ale wydaje mi się, że
była to wypowiedź wykraczająca poza ramy narodowościowe.
I choć gdzieś w mojej głowie
temat ten się przewijał to właśnie ta jedna rozmowa była czynnikiem
pobudzającym zwoje mózgowe. Zdecydowanie moje losy nie są klasycznym przykładem
historii od pucybuta do milionera, ale uważam, że od wolontariusza do managera
też jest nieźle, a kolejne zmiany są już za zakrętem. Zastanawiałem się, czy
podobna sytuacja mogłaby się wydarzyć w Polsce. Jakby wyglądały losy chłopaka,
który zjawiłby się w nowo otwartym browarze z zamiarem użyczenia swych rąk do
pracy. I choć znacie moje optymistyczne podejście, to tym razem nie widzę, by
historia ta miała mieć równie pomarańczowe zakończenie, jak życiowy oryginał.
Nie wiem, czy byłaby to kwestia mentalności, czy składek zusowskich, braku
zaufania, podejrzliwości, a może powód byłby o wiele bardziej prozaiczny i po
prostu finansowo niesatysfakcjonujący.
Mój czas spędzony w Polsce,
pomiędzy Kanadą a Stanami, choć był jasno określony, jako przejściowy, to ulegał
ciągłemu wydłużeniu i w pewnym momencie trzeba było pójść do pracy. „Do pracy?
To obrzydliwe!”**
Przyznam, że przygoda z pewnym
bankiem nie była może szczytem możliwości, czy też pracą marzeń, ale patrzę na
nią, jako na średniego przedstawiciela rynku pracy olsztyńskiego. Pełny etat,
karta multisport i porządne ubezpieczenie zdrowotne. Wszystko się zgadzało,
oprócz kasy. I to mówię ja, człowiek, który nie płacił za mieszkanie, bez
rodziny na utrzymaniu, czy kredytu, bez jakiegoś mocno rozrywkowego trybu życia
(przeważnie), a i tak wypracowana kwota wystarczała jedynie na przetrwanie. I
wielokrotnie się zastanawiałem, jak moi byli współpracownicy dawali sobie radę
z dwójką dzieci i kredytem mieszkaniowym?! Do tej pory nie wiem.
Ale wracając do tematu. Śniło
mi się ostatnio… Nie, nie; nie będę Wam tego robić, to zbyt pokręcony temat,
który lepiej, by nie ujrzał światła dziennego. Za to amerykański sen z pewnością
zmienił swoje oblicze na przestrzeni ostatnich lat, niestety przeobrażając się
w wielu przypadkach w klasyczny wyścig szczurów. Ucz się, zdobywaj
wykształcenie, znajdź dobrze płatną pracę, wydawaj zarobione pieniądze, pracuj
więcej, zarabiaj więcej, wydawaj więcej, powtarzaj w nieskończoność.
Żeby nie było, Stany to kraj
olbrzymich możliwości i dla kontrastu chciałbym przedstawić Wam dwie
arcyciekawe postaci. Pierwszą z nich jest Jake Kulak, który wraz z zespołem
regularnie występuje u nas w browarze. Chłopak jest obrzydliwie zdolny, gra
połączenie bluesa z rockiem, a to co wyprawia na gitarze jest istnym
szaleństwem. Dzisiaj są jego urodziny. Osiemnaste… Jak na swój młody wiek ma
niezwykle mocno ukształtowaną osobowość sceniczną, ale poza sceną pozostaje
zwyczajnym, skromnym gościem. Talent to jedno, ciężka praca to drugie, ale
ilość wsparcia i zaangażowania jakie dostaje on od swoich rodziców jest
bezcenna. Znów, mam wrażenie, że w większości podobnych przypadków w Polsce,
taki Jasiu raczej usłyszałby: „fajnie, fajnie, graj sobie w wolnym czasie, a
teraz leć szukaj normalnej pracy”.
![]() |
| Jake Kulak z zespołem |
Drugim bohaterem dzisiejszej
opowieści jest Denis. Jest on właścicielem małej firmy produkującej świeczki.
Handluje też sprzętem do wyrobu tychże świeczek. Dodatkowo zajmuje się nieruchomościami.
Niedawno kupił dom do remontu. Przez 6 miesięcy czyścił, naprawiał, wymieniał,
krótko pisząc, przywracał do stanu używalności zakupiony budynek, a następnie
go wynajął. Dziś pisał mi, że przymierza się do zakupu dwóch kolejnych. Miesiąc
temu skończył 20 lat…
Znajomość z nim stała się dla
nas inspiracją. Pośrednio dzięki niemu, jesteśmy w trakcie zakupu naszej
pierwszej nieruchomości. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, a na to się
zapowiada, to staniemy się nowymi właścicielami w okolicach 20.12.! Planujemy nabyć
dom składający się z trzech mieszkań, dwa są obecnie wynajmowane, a my
wprowadzimy się do mieszkania na drugim piętrze (amerykańskim trzecim, tu się
nie uznaje parteru). Tu macie fotki poglądowe.
![]() |
| tyły domku |
![]() |
| przód domku |
![]() |
| domek w 1903 roku |
Dom ten został wybudowany w
1900 roku, także ma już swoje lata, ale, jak wykazała przeprowadzona
przedwczoraj inspekcja, jest w całkiem dobrym stanie. Zdrowe fundamenty,
uaktualniona elektryka, nowy dach… Jest dobrze. Do tego jest w bardzo
przyjemnej lokalizacji. Także wygląda na to, że niebawem staniemy się
landlordami. I tym newsem będę kończyć dzisiejszy odcinek. Newsów jest więcej i
więcej będzie się działo w najbliższej przyszłości, także możecie spodziewać
się kolejnych wpisów niebawem. A tymczasem, tradycyjnie, trzymajcie się ciepło.




No comments:
Post a Comment