Thursday, March 1, 2018

remontowo

Hej!

Ja wiem, to już pomału staje się nudne, ale wciąż nie ogarniam zapitalającego czasu! Co prawda ostatnie kilka miesięcy to liczne i znaczące zmiany, ale wciąż mam wrażenie, że powinienem się już przyzwyczaić.
Na początek dobra wiadomość: udało się! Z obsuwą, bo z obsuwą, ale nabyliśmy przedstawiony w poprzednim odcinku dom. Nie udało nam się domknąć procedury, tak jak planowaliśmy, przed Świętami, ale za to ominęło nas kilka odśnieżań podjazdu, więc ogólnie wyszło na dobre. Formalności i biurokracja wzięły górę. Niestety opóźnienie to skróciło nam czas na remont naszego mieszkanka i zamiast planowanych trzech tygodni na spokojne odświeżenie lokum mieliśmy tylko tydzień. A roboty było sporo.

O ile obydwa mieszkania pod nami są w bardzo dobrym stanie, o tyle lokum zajmowane przez poprzedniego właściciela wyglądało tak:


Przyznam, że wymagało ono od nas sporej dozy wyobraźni, by dojrzeć ukryty za kwiatami/dywanami/obrazami/toną innych śmieci potencjał. Na szczęście mieliśmy fachowca do pomocy i tak o ile naszym zadaniem było przygotowanie frontu robót (zrywanie dywanów, części podłóg, listew, itp.) o tyle grubszą robotą zajął się Mike, wujek Tommiego. Początkowo miał tylko położyć nowe podłogi i zamknąć projekt w czasie weekendu, ale w trakcie zaproponował wyburzenie ścianki łączącej kuchnię i salon. Ścianka poszła. No to okazało się, że trzeba sufit w kuchni wywalić i odbudować, bo akurat belki opierały się na nieistniejącej już ściance… Do tego doszło jeszcze przełożenie elektryki na drugi koniec, bo trzeba było przenieść lodówkę, trochę zabawy z hydrauliką, bo coś tam nie było tak jak trzeba. Plus nowa kuchnia. No i ściany, wycekolować (tu pojawia się bardzo pomocny pomocnik) oraz odmalować (tu pojawiamy się my). I w ten oto sposób weekendowy projekcik zamienił się w dziesięciodniową batalię! Ale myślę, że warto było, a efekty przedstawiam poniżej.

Salon

Kuchnia
Kuchnio-salon
Do tej pory sądziłem, że prowadzimy dość minimalistyczny tryb życia, nie gromadząc zbyt wiele (niepotrzebnych) rzeczy. Jakież było moje zdziwienie podczas przeprowadzki! Ilość kartonów mnie trochę przerosła.
Nowy dom ma bardzo wąską klatkę schodową, na szczęście udało nam się wypożyczyć podnośnik, na który ładowaliśmy wszystkie meble i inne gabarytowe dobra, po czym wnosiliśmy je przez taras. Nie wyobrażam sobie wnoszenia tego klasycznie, schodami. Wystarczy, że lodówkę musieliśmy sami wtaszczyć na trzecie piętro (drugie nasze) i ledwo, ledwo daliśmy radę.


Wprowadzka

Kolejna spora zmiana, która nastąpiła w tak zwanym międzyczasie to zmiana pracy. Moja przygoda z browarem zakończyła się w grudniu, a w jej miejsce wskoczyły startupy. Nowe stanowisko nazywa się Head of Events and Economic Development i do tej pory nie wiem co się pod tą nazwą kryje :)
Organizacja dla której pracuję prowadzi w Hartford trzy i pół miesięczny akcelerator dla startupów związanych z branżą ubezpieczeniową, a ja jestem odpowiedzialny za eventy, które są realizowane w trakcie trwania programu. W skrócie, w dalszym czasie zabezpieczam browar na imprezach.
Nowa praca daje nie tylko dużo satysfakcji, ale też frajdy, choć przyznam się, że ciężko było mi się przestawić na tryb 9-6. Za to jest to świetna okazja do nawiązywania dobrych kontaktów, gdyż dość ściśle współpracujemy z największymi firmami ubezpieczeniowymi (Hartford jest zwany stolicą ubezpieczeń). Do tego towarzystwo startupowe jest mocno zróżnicowane, mamy 2 teamy z Indii, po jednym z Australii, Singapuru i Kanady no i pięć stanowych (choć ciągle w większości hinduskich). Nasz zespół liczy tylko 4 osoby, ale dodatkowo mamy wsparcie ekipy londyńskiej, która z kolei prowadzi swoją trzecią turę programu. Jeśli i my dostaniemy przedłużenie kontraktu o kolejny rok to zapowiada nam się sporo podróżowania po świecie w poszukiwaniu potencjalnych startupów do drugiej kohorty.

Hartford InsurTech Hub

Ryan, Leland, Erika i ja

Pracowo

Obie poprzednie zmiany wymusiły trzecią zmianę, a mianowicie konieczność zakupu autka. Początkowo przymierzałem się do Mini Cooperka, takiego pomarańczowego ale z moim budżetem musiałbym się zadowolić nieco starszym rocznikiem. Potem wybór padł na mazdę3 i do tej pory uważam, że jest to super zgrabny samochód. Nawet znalazłem jedną o odpowiednich parametrach i byłem nią zachwycony do czasu jazdy próbnej. Jak na dość sportowy charakter i dynamiczny wygląd, zdecydowanie brakowało jej zadziorności na drodze. Dość niespodziewanie wybór padł na powypożyczalniowego VW CC z 2016 r. Na wszelki wypadek dokupiłem do niego pełną gwarancję, ale póki co, odpukać, wszystko śmiga jak należy.
VW CC

Ja też już śmigam, mam nadzieję, że nie będziecie musieli zbyt długo czekać na kolejny odcinek! Piszcie co tam u Was!


Friday, November 17, 2017

rozwojowo

Witajcie!

Obudziłem się dzisiaj i z niedowierzaniem stwierdziłem, że jest połowa listopada. Nie mam pojęcia jak to się stało (w tym momencie nie może zbraknąć klasyka: „Jak to światło leci… Jak ten czas leci… Jakie to lustro brudne jest!”)*
Zwłaszcza, że ostatni post na blogu jest z lutego. Przyznam się Wam bez bicia, że zacząłem coś tam skrobać na podwójną rocznicę w czerwcu (rocznicę pobytu i dwunasty, okrągły wpis), ale gdzieś mi się wena zagubiła i powstały materiał był odczuwalnie wybrakowany.  

Zatem podejście numer dwa. Tematem dzisiejszego odcinka będzie sen. I to nie byle jaki sen, bo taki ładny, amerykański. Jakiś czas temu jeden ze stałych klientów browaru zapytał mnie o mój pogląd w tej sprawie, sugerując poniekąd, że jest to obecnie niespełniona obietnica. Jego zdaniem wielu imigrantów przybywa do Stanów pełnych nadziei na lepsze życie, a zwykle spotyka ich rozczarowanie. Nie pamiętam, czy miał tu na myśli licznych przedstawicieli Polonii z New Britain, ale wydaje mi się, że była to wypowiedź wykraczająca poza ramy narodowościowe.
I choć gdzieś w mojej głowie temat ten się przewijał to właśnie ta jedna rozmowa była czynnikiem pobudzającym zwoje mózgowe. Zdecydowanie moje losy nie są klasycznym przykładem historii od pucybuta do milionera, ale uważam, że od wolontariusza do managera też jest nieźle, a kolejne zmiany są już za zakrętem. Zastanawiałem się, czy podobna sytuacja mogłaby się wydarzyć w Polsce. Jakby wyglądały losy chłopaka, który zjawiłby się w nowo otwartym browarze z zamiarem użyczenia swych rąk do pracy. I choć znacie moje optymistyczne podejście, to tym razem nie widzę, by historia ta miała mieć równie pomarańczowe zakończenie, jak życiowy oryginał. Nie wiem, czy byłaby to kwestia mentalności, czy składek zusowskich, braku zaufania, podejrzliwości, a może powód byłby o wiele bardziej prozaiczny i po prostu finansowo niesatysfakcjonujący.

Mój czas spędzony w Polsce, pomiędzy Kanadą a Stanami, choć był jasno określony, jako przejściowy, to ulegał ciągłemu wydłużeniu i w pewnym momencie trzeba było pójść do pracy. „Do pracy? To obrzydliwe!”**
Przyznam, że przygoda z pewnym bankiem nie była może szczytem możliwości, czy też pracą marzeń, ale patrzę na nią, jako na średniego przedstawiciela rynku pracy olsztyńskiego. Pełny etat, karta multisport i porządne ubezpieczenie zdrowotne. Wszystko się zgadzało, oprócz kasy. I to mówię ja, człowiek, który nie płacił za mieszkanie, bez rodziny na utrzymaniu, czy kredytu, bez jakiegoś mocno rozrywkowego trybu życia (przeważnie), a i tak wypracowana kwota wystarczała jedynie na przetrwanie. I wielokrotnie się zastanawiałem, jak moi byli współpracownicy dawali sobie radę z dwójką dzieci i kredytem mieszkaniowym?! Do tej pory nie wiem.

Ale wracając do tematu. Śniło mi się ostatnio… Nie, nie; nie będę Wam tego robić, to zbyt pokręcony temat, który lepiej, by nie ujrzał światła dziennego. Za to amerykański sen z pewnością zmienił swoje oblicze na przestrzeni ostatnich lat, niestety przeobrażając się w wielu przypadkach w klasyczny wyścig szczurów. Ucz się, zdobywaj wykształcenie, znajdź dobrze płatną pracę, wydawaj zarobione pieniądze, pracuj więcej, zarabiaj więcej, wydawaj więcej, powtarzaj w nieskończoność.

Żeby nie było, Stany to kraj olbrzymich możliwości i dla kontrastu chciałbym przedstawić Wam dwie arcyciekawe postaci. Pierwszą z nich jest Jake Kulak, który wraz z zespołem regularnie występuje u nas w browarze. Chłopak jest obrzydliwie zdolny, gra połączenie bluesa z rockiem, a to co wyprawia na gitarze jest istnym szaleństwem. Dzisiaj są jego urodziny. Osiemnaste… Jak na swój młody wiek ma niezwykle mocno ukształtowaną osobowość sceniczną, ale poza sceną pozostaje zwyczajnym, skromnym gościem. Talent to jedno, ciężka praca to drugie, ale ilość wsparcia i zaangażowania jakie dostaje on od swoich rodziców jest bezcenna. Znów, mam wrażenie, że w większości podobnych przypadków w Polsce, taki Jasiu raczej usłyszałby: „fajnie, fajnie, graj sobie w wolnym czasie, a teraz leć szukaj normalnej pracy”. 

Jake Kulak z zespołem

Drugim bohaterem dzisiejszej opowieści jest Denis. Jest on właścicielem małej firmy produkującej świeczki. Handluje też sprzętem do wyrobu tychże świeczek. Dodatkowo zajmuje się nieruchomościami. Niedawno kupił dom do remontu. Przez 6 miesięcy czyścił, naprawiał, wymieniał, krótko pisząc, przywracał do stanu używalności zakupiony budynek, a następnie go wynajął. Dziś pisał mi, że przymierza się do zakupu dwóch kolejnych. Miesiąc temu skończył 20 lat…   

Znajomość z nim stała się dla nas inspiracją. Pośrednio dzięki niemu, jesteśmy w trakcie zakupu naszej pierwszej nieruchomości. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, a na to się zapowiada, to staniemy się nowymi właścicielami w okolicach 20.12.! Planujemy nabyć dom składający się z trzech mieszkań, dwa są obecnie wynajmowane, a my wprowadzimy się do mieszkania na drugim piętrze (amerykańskim trzecim, tu się nie uznaje parteru). Tu macie fotki poglądowe.

tyły domku

przód domku

domek w 1903 roku

Dom ten został wybudowany w 1900 roku, także ma już swoje lata, ale, jak wykazała przeprowadzona przedwczoraj inspekcja, jest w całkiem dobrym stanie. Zdrowe fundamenty, uaktualniona elektryka, nowy dach… Jest dobrze. Do tego jest w bardzo przyjemnej lokalizacji. Także wygląda na to, że niebawem staniemy się landlordami. I tym newsem będę kończyć dzisiejszy odcinek. Newsów jest więcej i więcej będzie się działo w najbliższej przyszłości, także możecie spodziewać się kolejnych wpisów niebawem. A tymczasem, tradycyjnie, trzymajcie się ciepło.




Friday, February 10, 2017

burzowo

Cześć i czołem!

Gdzieś mi styczeń uciekł. Wiem, wiem, trochę Was zaniedbałem. Wybaczcie. Tak to jest jak człowiek pójdzie do pracy. Wiem, to obrzydliwe, ale czasem trzeba.
A tak serio, pochwalę się, że nie tylko oficjalnie dostałem pracę, ale też, że mi się podoba! Sam nie wiem jak to się stało, ale podejrzewam, że piwo, a dokładniej picie piwa w pracy, po pracy i jako praca, miało swój udział w tym niecnym procederze. No i w końcu mam robotę zgodną z kierunkiem studiów: zostałem menadżerem, czy tam menagierem albo znów oficjalnie Managerem Tap Roomu.
Hanging Hills wzbogaciło się jednorazowo o dwóch pracowników, moja pierwotna robota trafiła w ręce Erica, czyli taki Arek po ichniemu. Nie wiem, czy imię było w wymaganiach, ale gościu się póki co sprawdza. Także obecnie firmę tworzy trzech współwłaścicieli i dwóch Arków. Cheers to that!

Przede mną nie lada wyzwanie. Do tej pory Tap Room był otwarty od czwartku do niedzieli. Pomysłem jest zorganizowanie Industry Night w poniedziałki, czyli otwarcie drzwi dla ludzi z branży. Przeważnie większość barów i restauracji jest tego dnia nieczynna, więc jest to okazja do świętowania dla barmanów, kelnerów, kucharzy, zmywaczy i innych „serwisantów”, w obydwu wersjach płciowych. Pierwsza nasza impreza nie ściągnęła oczekiwanej ilości osób, może wyszło to trochę niefortunnie, gdyż było to dzień po Superbowl, wygranym przez drużynę z podwórka obok, a może po prostu musimy jeszcze popracować trochę nad promocją. Jestem otwarty na Wasze propozycje.

Superbowl to w Stanach wielkie wydarzenie. I to na trzech płaszczyznach, gdyż jest to jednocześnie święto sportu, muzyki i reklamy. Sam sport, nawet uwzględniając historyczny przebieg meczu, nie wywołuje u mnie większego poruszenia, za to muzyczne show w przerwie oglądałem nie tylko z radością, ale i z zachwytem, mimo, iż Lady Gaga nie należy do moich ulubionych artystek. Logistycznie, technicznie i artystycznie na szóstkę! Albo po amerykańsku na A!
W kwestii reklam był to, jak dla mnie, średni rok. Nie mogło zabraknąć akcentów związanych z imigracją, ale za to zabrakło tego czegoś, co zapadałoby w pamięć. Dobrze, że chociaż dali krótki zwiastun drugiego sezonu Stranger Things. Kto nie oglądał niech koniecznie nadrobi zaległości.

Nie wiem jak to jest, że Amerykanie wszystko muszą mieć większe. Domy, samochody, telewizory, porcje coli w kinie… Ta lista nie ma końca. Ale, że burze! Czuję się oburzony. Wczoraj pierwszy raz byłem świadkiem burzy śnieżnej z grzmotami i piorunami. Od 8 rano do 16 popołudniu sypał śnieg. Tak na pierwszy rzut oka z okna wyglądało mi to na jakieś 30-40 cm śniegu. Sporo. Co prawda nie doszło do oblężenia i ogołocenia sklepów, ale wystarczyło, by zamknąć szkoły i pewnie większość urzędów, zaś całe rzesze ludzi dostały przyzwolenie do pracy z domu. Dla mnie oznaczało to wolny wieczór i możliwość popracowania nad tym tekstem. Także, dzięki burzo.

Napadało!
Ja nie odśnieżałem ;)

Burzyście rozpoczęła się również prezydentura Trumpa. I nie chodzi mi o same dekrety, np. o imigracji. Napotkał on sprzeciw nie tylko społeczeństwa, ale też i sądu apelacyjnego, który tenże dekret zdążył już zablokować. Myślałem natomiast o jego rozmowie z premierem Australii, która była zaplanowana na godzinę, a skończyła się po 20 minutach rzekomym rzuceniem słuchawki przez Donalda. W ogóle, jak go gdzieś tam słyszę to odnoszę wrażenie, że znam więcej angielskich słów od niego. Oszczędzę Wam dalszych politycznych tematów, ale jedną ciekawostkę przemycę. A mianowicie, osoby tłumaczące jego przemówienia mają ponoć znacznie utrudnioną pracę, ze względu na sposób formułowania wypowiedzi przez Trumpa; krótkie, niegramatyczne zdania, które w językach obcych albo nie mają swojego odpowiednika albo co gorsze, są zbyt ogólnikowe, wobec czego trudno stwierdzić o czym ten człowiek w ogóle mówi. Mam wrażenie, że to jest celowa zagrywka.

A skoro już jesteśmy przy słowach. Zastanawialiście się kiedyś nad ich realną mocą? I nie mam tu na myśli słów wypowiadanych przez przywódców państw, papieży czy innych osobistości. Myślę o nas i o słowach, które są wydźwiękiem naszych myśli. Albo czasem ich braku. Pojedyncze słowa, które zmieniają nasze życie. Wypowiedziane we właściwym, bądź niewłaściwym momencie. Choćby tak niepozorny przykład jak, wydawać by się mogło, prozaiczne słowo „praca”. W odpowiednim kontekście stanie się źródłem dochodu, dostatku, dobrobytu, kiedy indziej doprowadzi do deportacji. Skoro niepozorna „praca” potrafi zrobić taką rozróbę, to cóż uczynić mogą słowa domyślnie pełne mocy, jak „miłość”, czy „kocham”? Mocy dawania i odbierania jednocześnie.
Chyba już ostatnia obserwacja na dziś. Mam wrażenie, że tutaj, w Stanach, słowa te zatraciły swoją pierwotną moc. Jak pytacie? Dlaczego?
Klasyczne nadużycie.
Wypowiadane tak często, tak błaho, tak powszechnie. Obdarte z aury wyjątkowości i specjalności. Niemal stały się obowiązkowe przy okazji spotkań rodzinnych, urodzin, rozmów telefonicznych, czy spotkań w gronie znajomych (celowo nie napisałem ‘przyjaciół’). Czy jednak nieprawdziwe?
Kontrastowo: w naszej rodzinie nie było zwyczaju mówienia sobie „kocham Cię”, jednak miłości tam nigdy nie brakowało. Wierzę, że tak jest, bo choć wspomniane słowa mają magiczną moc, to jednak czyny stanowiły kwintesencję wspieranych przez nie uczuć.
I znowu, mam wrażenie, że tutaj doszło do pewnej zamiany wartości. Słowa stały się ważniejsze. A przynajmniej wystarczające. Zmemłane i zmęczone, powtarzane tylekroć, niczym mantra, aż dawały upragnione uczucie realności.

Czy to znaczy, że Amerykanie nie kochają? Oczywiście, że kochają. Inaczej. Mniej? Bardziej? Inaczej. To kolejna forma kopiowana z pokolenia na pokolenie, choć tak historycznie różnie doświadczającego. Inna forma niż u nas. Nasze pączki, ich donuty, nasza szarlotka, ich apple pie. Wiem, to było dziwne. Ale to przecież tylko słowa. 
Także ważcie słowa i warzcie piwa! 

Saturday, December 24, 2016

choinkowo

Ho, ho, ho,

Merry Christmas albo Merry Xmas albo, na co narzeka wielu Amerykanów, Happy Holidays :)
Tak, tak, polityczna poprawność wkradła się wszędzie, nawet w tak magiczną sferę, jaką są Święta Bożego Narodzenia. Nawet babcia Tommiego wzywa na facebooku do przywrócenia klasycznego pozdrowienia (Merry Christmas) i należytego miejsca Jezusowi! Wiem, babcia, facebook i Jezus w jednym zdaniu to nietypowe połączenie, ale cóż, takie czasy.

Co ciekawe, klimat świąteczny, choć wszechobecny, to jednak nie wydaje mi się być równie przytłaczający, jak w Polsce. Może jest to związane z rozpoczęciem sezonu świątecznego. Albo z tym, że tutaj nie słucham radia. O ile w Polsce widać pierwsze ozdoby tuż po Święcie Zmarłych, o tyle tutaj zmiana dekoracji następuje dopiero po Święcie Dziękczynienia, które w tym roku przypadło na 24.11. (czwarty czwartek listopada). I choć początkowo wydawało mi się, że Kanadyjczycy z dużo większym rozmachem ozdabiali swoje domy, to przyznaję, że Amerykanie w tym tygodniu nadrobili sporo zaległości. Inna kwestia, że w Kanadzie buszowałem po wielu osiedlach i widziałem znacznie więcej domów. 


domek jeden

domek drugi

Ale Święta to nie tylko przystrojone domy, ulice i centra handlowe. To również sezon na brzydkie swetry. Oj tak. Tych nie brakuje, jak również nie brakuje odważnych, którzy je noszą.

pozycja obowiązkowa

Dla mnie takim najbliższym symbolem świątecznym jest choinka. Odkąd pamiętam, u nas w Olsztynku zawsze było żywe drzewko, raz ładniejsze, innym razem jeszcze ładniejsze, przystrojone światełkami, bombkami i tymi brzydalami z lat osiemdziesiątych. Do tego pudełka, po których Ania bazgrała swoje pierwsze słowa… Taki mały sentymencik. I wspólne ubieranie, z lecącymi kolędami, bądź Bobem Marleyem w tle.
I choć ostatnie lata to trochę pójście na łatwiznę, bo kupowaliśmy drzewko w Nadleśnictwie, to pamiętam iście „griswoldowskie” wyprawy po ten jedyny, wyjątkowy, schowany w środku plantacji, świerk. Do tego śniegu po kolana i równie mocno zasypane drogi.
Także nie mogło zabraknąć drzewka tutaj. Dostaliśmy cynk, że w sklepie „Tractor Supply Company” (czytaj: zaopatrzenie traktorów) mają choinki w rozsądnych cenach, dlatego udaliśmy się tam w czwartek z zamiarem zakupu jednej. I dokładnie tyle ich było przed sklepem. Jedna, ostatnia, taka samotna. Jakieś babeczki przed sklepem, widząc nas pakujących drzewko do bagażnika, powiedziały, że były gotowe ją wziąć tylko po to, żeby tak nie stała sama. I do tego jaki deal $7.99 zamiast $29.99! Droższy był stojak ;)

całkiem dobra choinka

i cały zestaw świąteczny

Z takich jeszcze ciekawostek. Tak jak u nas Wigilia jest tym specjalnym wieczorem, ze specjalnymi daniami, życzeniami i prezentami, tak Amerykanie świętują przede wszystkim Boże Narodzenie. W wigilijny wieczór można otworzyć po jednym wybranym prezencie, reszta czeka do rana, bo Mikołaj przychodzi w nocy. W końcu ma to sens, najpierw jest w Polsce wieczorem, a potem śmiga do nas.

Uciekam pakować ostatnie prezenty. Trzymajcie się ciepło i Wesołych Świąt!!




Tuesday, November 8, 2016

wyborowo

Hej, hej

Nic się nie martwcie, nie zapomniałem o Was. Co prawda odkąd zacząłem praktyki w browarze to mam zdecydowanie mniej czasu na działalności dodatkowe, ale już jestem z powrotem.
Jak to zwykle u mnie bywa, z pewnymi kwestiami zwlekam do niemal ostatniej chwili. Tak jest też tym razem, kiedy temat wyborów prezydenckich w Stanach przedstawiam Wam… w dniu wyborów.

Dlaczego odbywają się one akurat dzisiaj, we wtorek, a dokładniej rzecz biorąc „w pierwszy wtorek listopada po pierwszym poniedziałku listopada”? Otóż, w czasach, gdy państwowość amerykańska jeszcze raczkowała, większość życia ludności na południu toczyła się wokół uprawy roli i niedzielnych wypadów do kościoła. Komisje wyborcze znajdowały się zaś dość daleko, także plan był taki: w niedzielę kościół, w poniedziałek podróż, a we wtorek głosowanie. I tak zostało do dziś, co właściwie nie ma żadnego sensu i jest utrudnieniem dla znacznej liczby osób pracujących.

Zastanawiam się ile informacji dociera na drugą stronę Atlantyku, na ile poszczególne skandale okazywały się atrakcyjne dla polskich stacji, portali, czy gazet. Amerykanie żyją tematem wyborów od dobrych kilku miesięcy, zaś ostatnie tygodnie, podczas których odbywały się debaty (pierwszą z nich obejrzało ponad 84 milionów widzów, ustanawiając nowy rekord) i zamykające wiece wyborcze rozgrzały naród do czerwoności, zaś ilość i intensywność skandali osiągnęła istne apogeum.

Na początek chciałbym zaznaczyć, iż nie jestem fanem, ani znawcą polityki, jako takiej, ani też nie wspieram żadnej partii, także mam nadzieję, że uda mi się zachować pozycję neutralnego obserwatora/informatora podczas tworzenia tego wpisu.

Choć dzisiejsze sondaże wskazują na nieznaczną przewagę Hillary Clinton, to wszystko może się w tych wyborach wydarzyć. Zwłaszcza, że w Stanach odbywają się one na nieco odmiennych zasadach.
W dużym skrócie: każdy stan ma wartość od kilku do kilkunastu głosów elektoralnych, co jest głównie odzwierciedlone liczbą ludności. I tak dla przykładu: Connecticut ma 7 głosów elektoralnych, Rhode Island 4, NY i Floryda po 29, a California 55. Nawet jeśli dany kandydat wygra w konkretnym stanie przewagą choćby jednego głosu, to i tak zgarnia całą pulę głosów elektoralnych. O ile w większości stanów można przewidzieć wynik dosyć łatwo, o tyle jest kilka stanów „wahających się” (w tym właśnie warta 29 punktów Floryda), o które trwa najbardziej zagorzała walka. Także niewykluczone jest, że zwycięzca na Florydzie wygra również fotel w Białym Domu.

Trzeba przyznać, że tegoroczne wybory pełne były niespodzianek i to już od prawyborów, które z ramienia Partii Republikańskiej niespodziewanie wygrał Donald Trump. Prawybory w Stanach (Primaries) są wewnętrzną bitwą w poszczególnych partiach o to, kto stanie w szranki w walce o prezydencki fotel. W Partii Demokratycznej liczyło się tylko dwoje kandydatów i również tu nie obyło się bez kontrowersji, gdy ogłoszono, iż nominację zdobyła była pierwsza dama, pokonując niezwykle popularnego senatora z Vermont, Bernie’ego Sandersa.

Ciekawostka: według jednego z sondaży jedynie 45% osób uznaje Trumpa za kandydata uczciwego i godnego zaufania, podobnie o Hillary myśli jeszcze mniej, bo tylko 36% respondentów. Sytuacja ta ma miejsce głównie za sprawą wspomnianych wcześniej licznych skandali. Poświęćmy im nieco uwagi. Panie przodem.

1.      E-maile. O tak, ten skandal doczekał się nawet swojego sequela! Generalnie chodzi o to, że podczas pełnienia funkcji Sekretarza Stanu Hillary wysyłała służbowe e-maile z prywatnego serwera ze swojej rezydencji w Nowym Jorku. FBI, które prowadziło śledztwo, doszukało się ponad 113 e-maili, które zawierały zastrzeżone informacje, stwierdzając, że choć zachowanie to było ekstremalnie bezmyślne, to jednak nie stanowiło podstaw do postawienia kryminalnych zarzutów.
2.      Fundacja Clintonów. Tu sprawa dotyczy dotacji dokonywanych przez kraje takie jak Algieria ($500.000), czy Rosja ($2.3 mln), wpłaty te nie zostały wcześniej upublicznione, a były dokonywane wówczas, gdy Hillary, jako Sekretarz Stanu, podejmowała decyzje, które bezpośrednio lub pośrednio mogły dotyczyć interesów wyżej wymienionych krajów. Dowodów brak, ale niesmak pozostał.
3.      Benghazi. W tym przypadku zarzuty wobec Clinton dotyczą jej niefrasobliwości, błędnego rozpoznania i niewłaściwego wdrożenia procedur bezpieczeństwa podczas ataków na jedną z amerykańskich placówek w Benghazi, w wyniku których śmierć poniosło 4 Amerykanów, w tym ówczesny ambasador USA w Libii, Christopher Stevens. W efekcie tej afery Departament Stanu zwrócił się o dostęp do maili Hillary, których magiczna liczba trzydziestu trzech tysięcy została przez nią usunięta.
4.      Prawybory. Wikileaks dotarło do kolejnych e-maili, dotyczących sabotowania przez byłą prezes Democratic National Convention (DNC) – organizacji zajmującej się konwencją Demokratów, Bernie’ego Sandersa, jego przekonań religijnych, czy kampanii i sposobu jej prowadzenia, a to wszystko w zamian za obietnice ciepłej posadki.
5.      Wykłady. Kolejny raz za sprawą Wikileaks i e-maili, światło dzienne ujrzała informacja o wykładach, za które Hillary skasowała w sumie ponad $11 mln (51 wykładów), wliczając w to kilka przeprowadzonych na Wall Street, gdzie podzieliła się swoimi przemyśleniami o konieczności posiadania dwóch różnych opinii na dany temat, tej prywatnej i tej publicznej.

To tylko kilka z tych, które odbiły się największym echem i narobiły najwięcej zamieszania. Co na to Donald? Zdecydowanie nie pozwalał nam się nudzić.

1.      Zeznania podatkowe (TAX Returns). Trump, jako jedyny kandydat na prezydenta w historii, nie upublicznił swoich dokumentów podatkowych. Początkowo twierdził, że jest w trakcie audytu i nie ma takiej możliwości, co było nieprawdą, następnie zaś okazało się, że nie płacił on podatku federalnego od około 20 lat, za sprawą ogłoszonego kiedyś bankructwa (w sumie ogłaszal bankructwo 4 razy!) i wielomilionowej straty, która była podstawą do licznych ulg podatkowych.
2.      Fundacja Trumpa. Tak, tak, każdy ma swoją fundację, przy czym Trump nie tylko nie wspierał swojej żadnymi wpłatami od 2008 roku, ale też przeznaczył ok. $250.000 na ugodę w sprawie toczącego się przeciwko niemu postępowaniu sądowemu, jak również rzekomo zakupił za $10.000… swój portret, który następnie powiesił w restauracji w jednym ze swoich hoteli.
3.      Kobiety. Najwięcej hałasu wywołał filmik, który wypłynął gdzieś po jednej z debat, na którym Trump mówi, że jako celebryta może robić z kobietami wszystko w tym łapać je za ich części intymne: „grab them by the pussy”. A to tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż przeciwko niemu toczy i toczyło się wiele postępowań o molestowanie seksualne. Co ciekawe, on sam twierdzi, że nikt tak nie szanuje kobiet, jak on…
4.      Dyskryminacja. W roku 1973 Departament Sprawiedliwości pozwał Trumpa, gdyż ten nie chciał wynajmować mieszkań czarnym mieszkańcom Nowego Jorku, sprawa dotyczyła 39 budynków, po czym Trump pozwał Departament Sprawiedliwości.
5.      Nielegalni pracownicy z Polski. A i owszem, mamy swoje 5 groszy w wyborach. W latach 80-tych Trump rzekomo zatrudniał ponad 200 nielegalnych polskich budowlańców, którzy wyburzali jeden z budynków, by na jego miejscu mogła powstać Trump Tower. Płacił im głodowe stawki, o ile w ogóle płacił, ludzie spali gdzieś tam na miejscu i oczywiście nie mieli kasków, ani żadnych innych środków bezpieczeństwa, a gdy próbowali się burzyć grożono im deportacją.

Niech będzie po równo, choć w przypadku Donalda jest tego jeszcze całe mnóstwo, wliczając w to $3.5 miliona, które dostał od ojca, jako pożyczkę… w postaci żetonów do jednego z ich kasyn, czy przekręt z Uniwersytetem Trumpa, ale to już nie będę Was zanudzać.


Jedno trzeba Amerykanom przyznać, genialnie potrafią sparodiować zaistniałą sytuację. Każda z debat doczekała się swojej wersji w programie Saturday Night Live (SNL), a w rolę Trumpa wcielił się Alec Baldwin i odegrał ją znakomicie. Polecam! Poniżej filmik do drugiej debaty (jest dużo śmieszniej, jeśli oglądało się oryginał, ale i bez tego jest wesoło). 


Również John Oliver w swoim programie, od wielu tygodni, zaczyna od materiału poświęconego wyborom albo… i tu kilka screenów dla Was:






Tych również było więcej, ale zostańmy przy pięciu.
Wybaczcie, że bez tłumaczenia, dorobię dziś wieczorem, a teraz już muszę zmykać do browaru :)
Także Ameryko! Nie zazdroszczę Ci wyboru przed którym stoisz, tak czy siak, życzę powodzenia!

A na koniec moja ulubiona przeróbka debatowa:



Monday, October 10, 2016

browarkowo

Ahoj!

Poprzednio zajmowaliśmy się jedzeniem, dziś wypadałoby dołożyć coś do picia. Jako, że gościliśmy niedawno festiwal piwa, a dwa tygodnie temu rozpocząłem nieformalny staż w jednym z lokalnych browarów to dzisiejszy wpis będzie poświęcony temu złotemu trunkowi.

Na początek trochę statystyk porównawczych. Polska zajmuje wysokie szóste miejsce na świecie pod względem spożywanego piwa na osobę, nasz wynik to 97,8 litra. Przeganiają nas jedynie mieszkańcy Namibii, Niemiec, Austrii, Seszeli oraz, od lat wiodący prym, Czesi (142,6 litra na osobę). Gdzie w tym zestawieniu znajdują się Amerykanie? Ich wynik to ‘jedynie’ 75,8 litra co daje im dopiero siedemnastą lokatę. Ale, ale, jeśli spojrzymy na liczby pod względem całkowitej ilości spożywanego piwa to Stany Zjednoczone są na drugiej pozycji (tuż za Chinami) z imponującym wynikiem 24172 megalitrów. Nasz rynek piwny plasuje się na mocnej dziewiątej pozycji z 3776 megalitrami (dane dotyczą roku 2014 i zostały zaczerpnięte z Wikipedii).

Co głównie pije się w Stanach? Niestety przeważają sikacze, jeszcze gorsze od naszych koncerniaków. Pierwsze trzy lokaty należą kolejno do: Bud Light’a, Coors Light’a oraz Miller Lite’a. Czym są te ‘lajtowe’ odmiany? Otóż nie chodzi tu o zawartość alkoholu, a… kalorii, te zaś dla Amerykanów są istotne nawet w wyborze piwa. Kwestia ceny też nie pozostaje bez znaczenia. W cenie sześciopaka tradycyjnego piwa mamy dwunastopak któregoś z lajtów. Po studencku, idziemy na ilość.

Na szczęście, wspominana w jednym z wcześniejszych wpisów, zasada kontrastu dotyczy również rynku piwnego, także na drugim końcu skali znajduje się całe mnóstwo browarów rzemieślniczych i przeolbrzymia ilość arcyciekawych piw.
Ostatnio mieliśmy okazję posmakować lokalnych specjałów podczas odbywającego się tuż pod naszymi oknami festiwalu „Small State, Great Beer”. Format jest następujący: przy wejściu dostajesz mały, plastikowy kubeczek do testowania i przez 3 godziny krążysz między stanowiskami. Przeważały głównie moje ulubione APY, IPY, czyli ogólnie piwa mocno chmielone, choć nie brakowało też ciekawych pszeniczniaków, porterów, czy stout’ów.


przed
i po... albo odwrotnie ;)

Impreza była dość kosztowna, także próbowaliśmy ‘wyjść na swoje’, co niestety skończyło się solidnym kacem dnia następnego. Swoje wyroby prezentowało 29 z 35 istniejących w Connecticut małych browarów, co może wydawać się niezłym wynikiem, a w rzeczywistości plasuje ten niewielki stan w ogonie stawki. Dla porównania kilka statystyk zebranych przeze mnie w małej tabelce, które dodatkowo pokazują jak sytuacja wygląda w Polsce.


Jak widzicie na naszym rynku jest jeszcze mnóstwo miejsca dla niewielkich browarów rzemieślniczych, stąd też po części moje zainteresowanie tematem i rozpoczęty przeze mnie staż. Wybór padł na świeżo otwarty browar o ładnie brzmiącej nazwie Hanging Hills, który wystartował w lipcu, a mieści się zaledwie 12 minut jazdy rowerem od nas. Także wybrałem się tam kilka dnie po festiwalu i zaoferowałem swoje dwie pracowite ręce w zamian za możliwość nauki. Zgodzili się. Dzięki temu w ciągu pierwszego tygodnia miałem okazję mielić słody (ponad 300 kg!), warzyć brzeczkę, ważyć i dodawać chmiele (jak one pięknie pachną!), przelewać gotowe piwo do kegów oraz sprzątać. Czego, jak czego, ale złożoności procesu mycia takiego zbiornika się nie spodziewałem. Ani ogólnej ilości prac związanych z czyszczeniem, szorowaniem, odkażaniem, wyparzaniem… Śmiałem się nawet, że procentowo taki browarnik jest w 25% rolnikiem, w 25% kucharzem, a pozostałe 50% to właśnie sprzątanie. Ale za to jaka przyjemność i frajda próbować świeżego piwa, a jeszcze większa będzie za kilka tygodni, jak ta podwójna IPA będzie już gotowa i świadomość, że tymi ręcyma zostało to piwo stworzone!

Hanging Hills od kuchni

Produkowane przez Hanging Hills piwo dostępne jest w lokalnych barach, pubach, restauracjach oraz multitapach, a także na miejscu. Aktualnie oferta zawiera 10 piw, więc każdy znajdzie coś dla siebie, ja już oczywiście miałem okazję spróbować każdego z nich. I to wszystko powstaje dzięki zaangażowaniu i ciężkiej pracy zaledwie trzech osób. Jestem pod wrażeniem! No dobra, mają jeszcze 2 psy do pomocy.

do wyboru, do koloru

W planach jest uruchomienie linii pakującej, niestety koszt to jedyne $150.000, także panowie muszą się jeszcze chwilowo wstrzymać. Co ciekawe większość rzemieślniczych browarów sprzedaje swoje produkty w puszkach, a nie, jak u nas, w butelkach. Mam wrażenie, że w Polsce piwo puszkowe ciągle jest stereotypowo uznawane za towar drugiego sortu i właściwie warto z tym przekonaniem powalczyć.
O jednej rzeczy trzeba pamiętać kupując piwo w Connecticut: alkohol w niedzielę można nabyć tylko do godziny 17-stej. Śmiesznie to wygląda w supermarketach, w których dostępne jest piwo, lodówki są pozasłaniane i choć towar jest, to jakby go nie było. O całodobowych monopolowych nawet nie wspominam, takie szaleństwo jeszcze się Amerykanom nie śniło! 

Nie pozostaje mi nic innego jak skoczyć do lodówki po zimne piwko i pożegnać się z Wami klasycznym: cheers! 

Friday, September 16, 2016

życzeniowo

Hejkum dejkum,

W dzisiejszym odcinku, na prośbę jednej z wiernych czytelniczek, zajmiemy się chlebem naszym powszednim, czyli jedzeniem pod różnymi możliwymi postaciami. Polecam nie zasiadać do lektury na pusty żołądek ;)
W sumie, dlaczego nie, zacznijmy od chleba, który tutaj nijak ma się do tego, co w Polsce jest dostępne w pierwszej lepszej piekarni. Jeśli macie na myśli zapach jeszcze gorącego, dobrze dopieczonego bochenka i tej chrupiącej skórki to… na pewno nie jesteście w Stanach. Najpowszechniejszą formą ‘tego czegoś’, co tu nazywa się chlebem, jest biały chleb tostowy: kwadratowe kromki, zapakowane w worek, zupełnie bez smaku, zapachu, za to mięciutkie jak gąbka. Oczywiście są też inne rodzaje: z pełnego ziarna, żytnie, wielozbożowe, o różnych dumnie brzmiących nazwach, w kształcie klasycznych bochenków, z glutenem i bez, ale ciągle jest to zapakowana w worek, pokrojona, bezsmakowa gąbka. Zjadliwe po stostowaniu (i taki napis powinni dodać na opakowaniu!). Dostępne jedynie w supermarketach, bo piekarnie jako takie nie istnieją.

Ostatnio nawet trafiłem na poniższy demot, który bardzo dobrze podsumowuje ten temat. Także pojęcie ‘emigracji za chlebem’ nabiera nowego, paradoksalnego znaczenia. 


'chleby'

Na szczęście są jeszcze bagels, czyli wywodzące się z Polski, a przywiezione do Stanów przez żydowskich emigrantów,  bajgle. Tu już sprawa ma się nieco lepiej jeśli chodzi zarówno o smak, jak i o konsystencję. W przeciwnym razie nie wiem co ja bym jadł na śniadania! 

klasyka, czyli BLT: Bacon, Lettuce, Tomato and mayo ;)

Takim śniadaniowym smakołykiem - klasykiem, w nieco odmiennej niż u nas formie, są pancakes [pankejks], najbliżej im do naleśników, choć są mniejsze i grubsze i polane olbrzymią ilością syropu klonowego. Obrzydliwie słodkie J
Z kolei nasze naleśniki tutaj są określane mianem francuskim, czyli crêpes [krejps] albo [kreps]. I tak jak u nas dostępne są zarówno w wersji słodkiej, jak i wytrawnej, także nie będę im poświęcał więcej uwagi (najlepsze jakie jadłem: z krewetkami i szpinakiem w curry, pyyycha!).
Mam wrażenie, że w dni powszednie śniadaniem większości pracujących Amerykanów jest kawa. I może jakaś szybka kanapka do tego, typu: jajko, bekon, ser.

W takim razie co na lunch? Opcji, w zależności od miejsca pracy i budżetu jest wiele. Sałatka, wrap, burger, jakiś makaron… Do wyboru do koloru.
Zdecydowana większość ludzi je lunch ‘na mieście’, a i tu jest wyjątek, który stanowią Hindusi. Ci zazwyczaj mają swoje posiłki popakowane w małe, kolorowe, liczne pojemniki, a samo jedzenie jest bardzo aromatyczne.
Myślę, że popularność jedzenia poza domem ma nie tylko charakter kulturowy, ale i czysto ekonomiczny. Wiadomo, czas to pieniądz, więc przygotowywanie posiłków w domu jest ‘kosztowne’, do tego dochodzi jeszcze kwestia różnicy cen jedzenia w restauracji w stosunku do kosztu zakupów. O ile w Polsce możemy stosunkowo tanio zrobić zakupy dla czteroosobowej rodziny, przy porównywalnie wysokim rachunku za obiad dla tej czwórki w restauracji, o tyle tutaj znacznie więcej zapłacimy za zakupy, a relatywnie mniej za jedzenie w knajpie. Voilà.

Wracając do jedzenia. Klasyczna amerykańska trójka barowa to: burgery, skrzydełka i pizza.
Opcją, którą ja często wybieram jest burger i to trzeba Amerykanom przyznać, wychodzi im on znakomicie. I nawet biorąc pod uwagę znaczny postęp, jaki nastąpił w Polsce w tej materii, to jednak burgery tutaj nie mają sobie równych. Niby banalna sprawa: bułka, kawałek mięcha, ser i jakieś warzywa…
Poniższy, sfotografowany specjalnie ku tej okazji, zawierał: ser Gruyère, Blue Cheese, bekonowo karmelizowaną cebulę, sos czosnkowy aioli, rukolę; dostępny był w wersji z wołowiny albo bizona (smakują tak samo, ale jest to opcja, by kasować dodatkowe $3) i do tego chrupiące krążki cebulowe. Aż się zrobiłem głodny!

burgerowe pyszności

Jeśli zaś chodzi o różnorodność smaków to, tak, tak, skrzydełka nie mają sobie równych! Większość barów ma w swojej ofercie co najmniej 15 wariantów: od łagodnych, czy wręcz słodkich jak Sweet BBQ (barbecue), poprzez średnio ostre, np. Parmesan Garlic (pieczony czosnek z parmezanem), na piekielnie pikantnych kończąc, tu Mango Habanero brzmi kusząco. Każda porcja serwowana jest z kawałkami surowych marchewek i selera naciowego oraz sosu (no double dipping!).
Do tej pory zastanawia mnie czym są skrzydełka bez kości… Moja wyobraźnia tego nie ogarnia, a jakoś nie kusi mnie, by spróbować. Wydaje mi się, że skrzydełka to są jedynie z nazwy.

Whaaaaaaaat?!

Trzecia na podium pizza, w oferowanej tu wersji, nie do końca trafia w moje upodobania smakowe. Tzw. New York Style dotyczy średniej grubości ciasta, najczęściej w wersji z pepperoni. Oczywiście rodzajów jest więcej, ale tak czy siak, jest to zwykle jeden, czy dwa składniki. Nic specjalnego.

Wyjdźmy już może z baru, pora przenieść się do restauracji. I tu ze względu na całe bogactwo i różnorodność dostępnych kuchni skupię się tylko na kilku najpopularniejszych. Na początek kuchnia meksykańska. Z przykrością stwierdzam, że restauracje dostępne w Polsce znacznie odbiegają od tutejszych standardów. Może to kwestia dostępności składników (przypraw?), a może prawdziwie meksykańskich kucharzy, tak czy siak przepaść jest znacząca i przewija się podczas całego kulinarnego doświadczenia. No i to guacamole!

Ciężko jest mi coś napisać o kuchni azjatyckiej, gdyż istnieje ona w tak licznych wariantach, że zamknięcie tego w jednym akapicie wydaje się być niemożliwe. Od malutkich speluniastych knajpek, które głównie nastawione są ‘na dowóz’, poprzez chińskie bufety, w których ‘jesz ile chcesz’, na tematycznych i klimatycznych restauracjach kończąc. Często takie miejsca oferują BYOB (Bring your own beverage/bottle/beer, czyli przynieś swój własny napój, butelkę, piwo), kasując jedynie ‘opłatę korkową’, za otwarcie butelki wina.
No i jest jeszcze sushi! Ciągle wychodzi ono dość drogo, na szczęście jest dość popularne na tutejszym Grouponie, jak również są dostępne miejsca z ‘all you can eat’, czyli wspomniane wcześniej ‘jesz ile chcesz’. Do padnięcia ;)
Podejrzewam, że gdzie, jak gdzie, ale w Polsce ten format, by się nie przyjął.

Na koniec kulinarnej podróży chciałbym Was zabrać do jakiejś wykwintnej restauracji, gdzie możemy rozkoszować się homarem, bądź też przygotowanym wedle życzenia stekiem. Ceny dań głównych to przeważnie ok. $40 - $50, także pozwolę sobie zacytować klasyka: ‘cena zabija smak’. Z pomocą przychodzą nam tu jednak takie wydarzenia jak Taste of Hartford, gdzie restauracje oferują przygotowane specjalnie na tę okazję małe menu: do wyboru mamy jedną z trzech przystawek, jedno z trzech dań głównych oraz krótką listę deserów, a to wszystko w stałej cenie, w tym roku było to $20.16 za lunch i $30.16 za obiad.
To oczywiście nie jest finalnym kosztem, gdyż do rachunku doliczany jest zarówno podatek (ok. 8-9%) oraz napiwek, który zwyczajowo wynosi 18% wartości rachunku.
Ciekawym trendem w tych lepszych restauracjach jest szczycenie się współpracą z lokalnymi dostawcami. Niektóre organizują wydarzenia pod nazwą ‘farm to table’ (z farmy na stół), stawiając na miejscowe farmy, czy niewielkie hodowle. Co oczywiście przekłada się na wyższą cenę.

Nic tylko jeść! I pić. A propos, jutro odbywa się festiwal piwa, na którym będzie 29 lokalnych browarów, także jest pomysł na następny wpis ;)
Jeżeli podczas czytania tego tekstu uruchomiła się u Was produkcja śliny albo pojawiło burczenie w brzuchu, to uznam to za spory sukces!
Do następnego razu. Jeśli macie jakieś życzenia tematyczne, śmiało piszcie w komentarzach.

a na deser świeżo pieczony PIES :D