Merry Christmas albo Merry Xmas albo, na co narzeka wielu Amerykanów, Happy
Holidays :)
Tak, tak, polityczna
poprawność wkradła się wszędzie, nawet w tak magiczną sferę, jaką są Święta
Bożego Narodzenia. Nawet babcia Tommiego wzywa na facebooku do przywrócenia
klasycznego pozdrowienia (Merry Christmas) i należytego miejsca Jezusowi! Wiem,
babcia, facebook i Jezus w jednym zdaniu to nietypowe połączenie, ale cóż,
takie czasy.
Co ciekawe, klimat świąteczny,
choć wszechobecny, to jednak nie wydaje mi się być równie przytłaczający, jak w
Polsce. Może jest to związane z rozpoczęciem sezonu świątecznego. Albo z tym,
że tutaj nie słucham radia. O ile w Polsce widać pierwsze ozdoby tuż po Święcie
Zmarłych, o tyle tutaj zmiana dekoracji następuje dopiero po Święcie
Dziękczynienia, które w tym roku przypadło na 24.11. (czwarty czwartek
listopada). I choć początkowo wydawało mi się, że Kanadyjczycy z dużo większym
rozmachem ozdabiali swoje domy, to przyznaję, że Amerykanie w tym tygodniu
nadrobili sporo zaległości. Inna kwestia, że w Kanadzie buszowałem po wielu
osiedlach i widziałem znacznie więcej domów.
domek jeden
domek drugi
Ale Święta to nie tylko
przystrojone domy, ulice i centra handlowe. To również sezon na brzydkie
swetry. Oj tak. Tych nie brakuje, jak również nie brakuje odważnych, którzy je
noszą.
pozycja obowiązkowa
Dla mnie takim najbliższym
symbolem świątecznym jest choinka. Odkąd pamiętam, u nas w Olsztynku zawsze
było żywe drzewko, raz ładniejsze, innym razem jeszcze ładniejsze, przystrojone
światełkami, bombkami i tymi brzydalami z lat osiemdziesiątych. Do tego pudełka,
po których Ania bazgrała swoje pierwsze słowa… Taki mały sentymencik. I wspólne
ubieranie, z lecącymi kolędami, bądź Bobem Marleyem w tle.
I choć ostatnie lata to trochę
pójście na łatwiznę, bo kupowaliśmy drzewko w Nadleśnictwie, to pamiętam iście „griswoldowskie”
wyprawy po ten jedyny, wyjątkowy, schowany w środku plantacji, świerk. Do tego
śniegu po kolana i równie mocno zasypane drogi.
Także nie mogło zabraknąć
drzewka tutaj. Dostaliśmy cynk, że w sklepie „Tractor Supply Company” (czytaj:
zaopatrzenie traktorów) mają choinki w rozsądnych cenach, dlatego udaliśmy się
tam w czwartek z zamiarem zakupu jednej. I dokładnie tyle ich było przed
sklepem. Jedna, ostatnia, taka samotna. Jakieś babeczki przed sklepem, widząc
nas pakujących drzewko do bagażnika, powiedziały, że były gotowe ją wziąć tylko
po to, żeby tak nie stała sama. I do tego jaki deal $7.99 zamiast $29.99! Droższy
był stojak ;)
całkiem dobra choinka
i cały zestaw świąteczny
Z takich jeszcze ciekawostek.
Tak jak u nas Wigilia jest tym specjalnym wieczorem, ze specjalnymi daniami,
życzeniami i prezentami, tak Amerykanie świętują przede wszystkim Boże
Narodzenie. W wigilijny wieczór można otworzyć po jednym wybranym prezencie,
reszta czeka do rana, bo Mikołaj przychodzi w nocy. W końcu ma to sens,
najpierw jest w Polsce wieczorem, a potem śmiga do nas.
Uciekam pakować ostatnie prezenty. Trzymajcie się
ciepło i Wesołych Świąt!!
Nic się nie martwcie, nie
zapomniałem o Was. Co prawda odkąd zacząłem praktyki w browarze to mam
zdecydowanie mniej czasu na działalności dodatkowe, ale już jestem z powrotem.
Jak to zwykle u mnie bywa, z
pewnymi kwestiami zwlekam do niemal ostatniej chwili. Tak jest też tym razem,
kiedy temat wyborów prezydenckich w Stanach przedstawiam Wam… w dniu wyborów.
Dlaczego odbywają się one
akurat dzisiaj, we wtorek, a dokładniej rzecz biorąc „w pierwszy wtorek
listopada po pierwszym poniedziałku listopada”? Otóż, w czasach, gdy
państwowość amerykańska jeszcze raczkowała, większość życia ludności na
południu toczyła się wokół uprawy roli i niedzielnych wypadów do kościoła.
Komisje wyborcze znajdowały się zaś dość daleko, także plan był taki: w
niedzielę kościół, w poniedziałek podróż, a we wtorek głosowanie. I tak zostało
do dziś, co właściwie nie ma żadnego sensu i jest utrudnieniem dla znacznej
liczby osób pracujących.
Zastanawiam się ile informacji
dociera na drugą stronę Atlantyku, na ile poszczególne skandale okazywały się
atrakcyjne dla polskich stacji, portali, czy gazet. Amerykanie żyją tematem wyborów
od dobrych kilku miesięcy, zaś ostatnie tygodnie, podczas których odbywały się
debaty (pierwszą z nich obejrzało ponad 84 milionów widzów, ustanawiając nowy
rekord) i zamykające wiece wyborcze rozgrzały naród do czerwoności, zaś ilość i
intensywność skandali osiągnęła istne apogeum.
Na początek chciałbym
zaznaczyć, iż nie jestem fanem, ani znawcą polityki, jako takiej, ani też nie
wspieram żadnej partii, także mam nadzieję, że uda mi się zachować pozycję
neutralnego obserwatora/informatora podczas tworzenia tego wpisu.
Choć dzisiejsze sondaże
wskazują na nieznaczną przewagę Hillary Clinton, to wszystko może się w tych
wyborach wydarzyć. Zwłaszcza, że w Stanach odbywają się one na nieco odmiennych
zasadach.
W dużym skrócie: każdy stan ma
wartość od kilku do kilkunastu głosów elektoralnych, co jest głównie
odzwierciedlone liczbą ludności. I tak dla przykładu: Connecticut ma 7 głosów
elektoralnych, Rhode Island 4, NY i Floryda po 29, a California 55. Nawet jeśli
dany kandydat wygra w konkretnym stanie przewagą choćby jednego głosu, to i tak
zgarnia całą pulę głosów elektoralnych. O ile w większości stanów można
przewidzieć wynik dosyć łatwo, o tyle jest kilka stanów „wahających się” (w tym
właśnie warta 29 punktów Floryda), o które trwa najbardziej zagorzała walka. Także
niewykluczone jest, że zwycięzca na Florydzie wygra również fotel w Białym Domu.
Trzeba przyznać, że tegoroczne
wybory pełne były niespodzianek i to już od prawyborów, które z ramienia Partii
Republikańskiej niespodziewanie wygrał Donald Trump. Prawybory w Stanach
(Primaries) są wewnętrzną bitwą w poszczególnych partiach o to, kto stanie w
szranki w walce o prezydencki fotel. W Partii Demokratycznej liczyło się tylko
dwoje kandydatów i również tu nie obyło się bez kontrowersji, gdy ogłoszono, iż
nominację zdobyła była pierwsza dama, pokonując niezwykle popularnego senatora
z Vermont, Bernie’ego Sandersa.
Ciekawostka: według jednego z
sondaży jedynie 45% osób uznaje Trumpa za kandydata uczciwego i godnego
zaufania, podobnie o Hillary myśli jeszcze mniej, bo tylko 36% respondentów.
Sytuacja ta ma miejsce głównie za sprawą wspomnianych wcześniej licznych
skandali. Poświęćmy im nieco uwagi. Panie przodem.
1.E-maile.
O tak, ten skandal doczekał się nawet swojego sequela! Generalnie chodzi o to,
że podczas pełnienia funkcji Sekretarza Stanu Hillary wysyłała służbowe e-maile
z prywatnego serwera ze swojej rezydencji w Nowym Jorku. FBI, które prowadziło
śledztwo, doszukało się ponad 113 e-maili, które zawierały zastrzeżone
informacje, stwierdzając, że choć zachowanie to było ekstremalnie bezmyślne, to
jednak nie stanowiło podstaw do postawienia kryminalnych zarzutów.
2.Fundacja
Clintonów. Tu sprawa dotyczy dotacji dokonywanych przez kraje takie jak
Algieria ($500.000), czy Rosja ($2.3 mln), wpłaty te nie zostały wcześniej
upublicznione, a były dokonywane wówczas, gdy Hillary, jako Sekretarz Stanu, podejmowała
decyzje, które bezpośrednio lub pośrednio mogły dotyczyć interesów wyżej
wymienionych krajów. Dowodów brak, ale niesmak pozostał.
3.Benghazi.
W tym przypadku zarzuty wobec Clinton dotyczą jej niefrasobliwości, błędnego
rozpoznania i niewłaściwego wdrożenia procedur bezpieczeństwa podczas ataków na
jedną z amerykańskich placówek w Benghazi, w wyniku których śmierć poniosło 4
Amerykanów, w tym ówczesny ambasador USA w Libii, Christopher Stevens. W
efekcie tej afery Departament Stanu zwrócił się o dostęp do maili Hillary,
których magiczna liczba trzydziestu trzech tysięcy została przez nią usunięta.
4.Prawybory.
Wikileaks dotarło do kolejnych e-maili, dotyczących sabotowania przez byłą
prezes Democratic National Convention (DNC) – organizacji zajmującej się
konwencją Demokratów, Bernie’ego Sandersa, jego przekonań religijnych, czy
kampanii i sposobu jej prowadzenia, a to wszystko w zamian za obietnice ciepłej
posadki.
5.Wykłady.
Kolejny raz za sprawą Wikileaks i e-maili, światło dzienne ujrzała informacja o
wykładach, za które Hillary skasowała w sumie ponad $11 mln (51 wykładów),
wliczając w to kilka przeprowadzonych na Wall Street, gdzie podzieliła się
swoimi przemyśleniami o konieczności posiadania dwóch różnych opinii na dany
temat, tej prywatnej i tej publicznej.
To tylko kilka z tych, które odbiły
się największym echem i narobiły najwięcej zamieszania. Co na to Donald?
Zdecydowanie nie pozwalał nam się nudzić.
1.Zeznania
podatkowe (TAX Returns). Trump, jako jedyny kandydat na prezydenta w historii,
nie upublicznił swoich dokumentów podatkowych. Początkowo twierdził, że jest w
trakcie audytu i nie ma takiej możliwości, co było nieprawdą, następnie zaś
okazało się, że nie płacił on podatku federalnego od około 20 lat, za sprawą
ogłoszonego kiedyś bankructwa (w sumie ogłaszal bankructwo 4 razy!) i wielomilionowej
straty, która była podstawą do licznych ulg podatkowych.
2.Fundacja
Trumpa. Tak, tak, każdy ma swoją fundację, przy czym Trump nie tylko nie
wspierał swojej żadnymi wpłatami od 2008 roku, ale też przeznaczył ok. $250.000
na ugodę w sprawie toczącego się przeciwko niemu postępowaniu sądowemu, jak również
rzekomo zakupił za $10.000… swój portret, który następnie powiesił w
restauracji w jednym ze swoich hoteli.
3.Kobiety.
Najwięcej hałasu wywołał filmik, który wypłynął gdzieś po jednej z debat, na
którym Trump mówi, że jako celebryta może robić z kobietami wszystko w tym łapać
je za ich części intymne: „grab them by the pussy”. A to tylko wierzchołek góry
lodowej, gdyż przeciwko niemu toczy i toczyło się wiele postępowań o
molestowanie seksualne. Co ciekawe, on sam twierdzi, że nikt tak nie szanuje
kobiet, jak on…
4.Dyskryminacja.
W roku 1973 Departament Sprawiedliwości pozwał Trumpa, gdyż ten nie chciał
wynajmować mieszkań czarnym mieszkańcom Nowego Jorku, sprawa dotyczyła 39
budynków, po czym Trump pozwał Departament Sprawiedliwości.
5.Nielegalni
pracownicy z Polski. A i owszem, mamy swoje 5 groszy w wyborach. W latach
80-tych Trump rzekomo zatrudniał ponad 200 nielegalnych polskich budowlańców,
którzy wyburzali jeden z budynków, by na jego miejscu mogła powstać Trump
Tower. Płacił im głodowe stawki, o ile w ogóle płacił, ludzie spali gdzieś tam
na miejscu i oczywiście nie mieli kasków, ani żadnych innych środków
bezpieczeństwa, a gdy próbowali się burzyć grożono im deportacją.
Niech będzie po równo, choć w
przypadku Donalda jest tego jeszcze całe mnóstwo, wliczając w to $3.5 miliona,
które dostał od ojca, jako pożyczkę… w postaci żetonów do jednego z ich kasyn,
czy przekręt z Uniwersytetem Trumpa, ale to już nie będę Was zanudzać.
Jedno trzeba Amerykanom
przyznać, genialnie potrafią sparodiować zaistniałą sytuację. Każda z debat
doczekała się swojej wersji w programie Saturday Night Live (SNL), a w rolę
Trumpa wcielił się Alec Baldwin i odegrał ją znakomicie. Polecam! Poniżej
filmik do drugiej debaty (jest dużo śmieszniej, jeśli oglądało się oryginał,
ale i bez tego jest wesoło).
Również John Oliver w swoim
programie, od wielu tygodni, zaczyna od materiału poświęconego wyborom albo… i
tu kilka screenów dla Was:
Tych również było więcej, ale
zostańmy przy pięciu.
Wybaczcie, że bez tłumaczenia,
dorobię dziś wieczorem, a teraz już muszę zmykać do browaru :)
Także Ameryko! Nie zazdroszczę
Ci wyboru przed którym stoisz, tak czy siak, życzę powodzenia!
Poprzednio zajmowaliśmy się
jedzeniem, dziś wypadałoby dołożyć coś do picia. Jako, że gościliśmy niedawno
festiwal piwa, a dwa tygodnie temu rozpocząłem nieformalny staż w jednym z lokalnych
browarów to dzisiejszy wpis będzie poświęcony temu złotemu trunkowi.
Na początek trochę statystyk
porównawczych. Polska zajmuje wysokie szóste miejsce na świecie pod względem
spożywanego piwa na osobę, nasz wynik to 97,8 litra. Przeganiają nas jedynie
mieszkańcy Namibii, Niemiec, Austrii, Seszeli oraz, od lat wiodący prym, Czesi
(142,6 litra na osobę). Gdzie w tym zestawieniu znajdują się Amerykanie? Ich
wynik to ‘jedynie’ 75,8 litra co daje im dopiero siedemnastą lokatę. Ale, ale,
jeśli spojrzymy na liczby pod względem całkowitej ilości spożywanego piwa to
Stany Zjednoczone są na drugiej pozycji (tuż za Chinami) z imponującym wynikiem
24172 megalitrów. Nasz rynek piwny plasuje się na mocnej dziewiątej pozycji z
3776 megalitrami (dane dotyczą roku 2014 i zostały zaczerpnięte z Wikipedii).
Co głównie pije się w Stanach?
Niestety przeważają sikacze, jeszcze gorsze od naszych koncerniaków. Pierwsze
trzy lokaty należą kolejno do: Bud Light’a, Coors Light’a oraz Miller Lite’a.
Czym są te ‘lajtowe’ odmiany? Otóż nie chodzi tu o zawartość alkoholu, a…
kalorii, te zaś dla Amerykanów są istotne nawet w wyborze piwa. Kwestia ceny
też nie pozostaje bez znaczenia. W cenie sześciopaka tradycyjnego piwa mamy
dwunastopak któregoś z lajtów. Po studencku, idziemy na ilość.
Na szczęście, wspominana w jednym
z wcześniejszych wpisów, zasada kontrastu dotyczy również rynku piwnego, także
na drugim końcu skali znajduje się całe mnóstwo browarów rzemieślniczych i
przeolbrzymia ilość arcyciekawych piw.
Ostatnio
mieliśmy okazję posmakować lokalnych specjałów podczas odbywającego się tuż pod
naszymi oknami festiwalu „Small State, Great Beer”. Format jest następujący:
przy wejściu dostajesz mały, plastikowy kubeczek do testowania i przez 3
godziny krążysz między stanowiskami. Przeważały głównie moje ulubione APY, IPY,
czyli ogólnie piwa mocno chmielone, choć nie brakowało też ciekawych pszeniczniaków,
porterów, czy stout’ów.
przed
i po... albo odwrotnie ;)
Impreza
była dość kosztowna, także próbowaliśmy ‘wyjść na swoje’, co niestety skończyło
się solidnym kacem dnia następnego. Swoje wyroby prezentowało 29 z 35
istniejących w Connecticut małych browarów, co może wydawać się niezłym
wynikiem, a w rzeczywistości plasuje ten niewielki stan w ogonie stawki. Dla
porównania kilka statystyk zebranych przeze mnie w małej tabelce, które
dodatkowo pokazują jak sytuacja wygląda w Polsce.
Jak widzicie na naszym rynku jest
jeszcze mnóstwo miejsca dla niewielkich browarów rzemieślniczych, stąd też po
części moje zainteresowanie tematem i rozpoczęty przeze mnie staż. Wybór padł na
świeżo otwarty browar o ładnie brzmiącej nazwie Hanging Hills, który
wystartował w lipcu, a mieści się zaledwie 12 minut jazdy rowerem od nas. Także
wybrałem się tam kilka dnie po festiwalu i zaoferowałem swoje dwie pracowite
ręce w zamian za możliwość nauki. Zgodzili się. Dzięki temu w ciągu pierwszego
tygodnia miałem okazję mielić słody (ponad 300 kg!), warzyć brzeczkę, ważyć i dodawać
chmiele (jak one pięknie pachną!), przelewać gotowe piwo do kegów oraz
sprzątać. Czego, jak czego, ale złożoności procesu mycia takiego zbiornika się
nie spodziewałem. Ani ogólnej ilości prac związanych z czyszczeniem,
szorowaniem, odkażaniem, wyparzaniem… Śmiałem się nawet, że procentowo taki
browarnik jest w 25% rolnikiem, w 25% kucharzem, a pozostałe 50% to właśnie
sprzątanie. Ale za to jaka przyjemność i frajda próbować świeżego piwa, a
jeszcze większa będzie za kilka tygodni, jak ta podwójna IPA będzie już gotowa
i świadomość, że tymi ręcyma zostało to piwo stworzone!
Hanging Hills od kuchni
Produkowane przez Hanging Hills
piwo dostępne jest w lokalnych barach, pubach, restauracjach oraz multitapach,
a także na miejscu. Aktualnie oferta zawiera 10 piw, więc każdy znajdzie coś
dla siebie, ja już oczywiście miałem okazję spróbować każdego z nich. I to
wszystko powstaje dzięki zaangażowaniu i ciężkiej pracy zaledwie trzech osób.
Jestem pod wrażeniem! No dobra, mają jeszcze 2 psy do pomocy.
do wyboru, do koloru
W planach jest uruchomienie linii
pakującej, niestety koszt to jedyne $150.000, także panowie muszą się jeszcze
chwilowo wstrzymać. Co ciekawe większość rzemieślniczych browarów sprzedaje
swoje produkty w puszkach, a nie, jak u nas, w butelkach. Mam wrażenie, że w
Polsce piwo puszkowe ciągle jest stereotypowo uznawane za towar drugiego sortu
i właściwie warto z tym przekonaniem powalczyć.
O jednej rzeczy trzeba pamiętać
kupując piwo w Connecticut: alkohol w niedzielę można nabyć tylko do godziny
17-stej. Śmiesznie to wygląda w supermarketach, w których dostępne jest piwo, lodówki
są pozasłaniane i choć towar jest, to jakby go nie było. O całodobowych monopolowych
nawet nie wspominam, takie szaleństwo jeszcze się Amerykanom nie śniło!
Nie pozostaje mi nic innego jak skoczyć do lodówki po zimne piwko i pożegnać się z Wami klasycznym: cheers!
W dzisiejszym odcinku, na
prośbę jednej z wiernych czytelniczek, zajmiemy się chlebem naszym powszednim,
czyli jedzeniem pod różnymi możliwymi postaciami. Polecam nie zasiadać do
lektury na pusty żołądek ;)
W sumie, dlaczego nie,
zacznijmy od chleba, który tutaj nijak ma się do tego, co w Polsce jest
dostępne w pierwszej lepszej piekarni. Jeśli macie na myśli zapach jeszcze
gorącego, dobrze dopieczonego bochenka i tej chrupiącej skórki to… na pewno nie
jesteście w Stanach. Najpowszechniejszą formą ‘tego czegoś’, co tu nazywa się
chlebem, jest biały chleb tostowy: kwadratowe kromki, zapakowane w worek,
zupełnie bez smaku, zapachu, za to mięciutkie jak gąbka. Oczywiście są też inne
rodzaje: z pełnego ziarna, żytnie, wielozbożowe, o różnych dumnie brzmiących
nazwach, w kształcie klasycznych bochenków, z glutenem i bez, ale ciągle jest
to zapakowana w worek, pokrojona, bezsmakowa gąbka. Zjadliwe po stostowaniu (i
taki napis powinni dodać na opakowaniu!). Dostępne jedynie w supermarketach, bo
piekarnie jako takie nie istnieją.
Ostatnio nawet trafiłem na
poniższy demot, który bardzo dobrze podsumowuje ten temat. Także pojęcie
‘emigracji za chlebem’ nabiera nowego, paradoksalnego znaczenia.
'chleby'
Na szczęście są jeszcze
bagels, czyli wywodzące się z Polski, a przywiezione do Stanów przez żydowskich
emigrantów, bajgle. Tu już sprawa ma się
nieco lepiej jeśli chodzi zarówno o smak, jak i o konsystencję. W przeciwnym
razie nie wiem co ja bym jadł na śniadania!
klasyka, czyli BLT: Bacon, Lettuce, Tomato and mayo ;)
Takim śniadaniowym smakołykiem
- klasykiem, w nieco odmiennej niż u nas formie, są pancakes [pankejks],
najbliżej im do naleśników, choć są mniejsze i grubsze i polane olbrzymią
ilością syropu klonowego. Obrzydliwie słodkie J
Z kolei nasze naleśniki tutaj
są określane mianem francuskim, czyli crêpes [krejps] albo [kreps]. I tak jak u
nas dostępne są zarówno w wersji słodkiej, jak i wytrawnej, także nie będę im
poświęcał więcej uwagi (najlepsze jakie jadłem: z krewetkami i szpinakiem w
curry, pyyycha!).
Mam wrażenie, że w dni
powszednie śniadaniem większości pracujących Amerykanów jest kawa. I może jakaś
szybka kanapka do tego, typu: jajko, bekon, ser.
W takim razie co na lunch?
Opcji, w zależności od miejsca pracy i budżetu jest wiele. Sałatka, wrap,
burger, jakiś makaron… Do wyboru do koloru.
Zdecydowana większość ludzi je
lunch ‘na mieście’, a i tu jest wyjątek, który stanowią Hindusi. Ci zazwyczaj
mają swoje posiłki popakowane w małe, kolorowe, liczne pojemniki, a samo
jedzenie jest bardzo aromatyczne.
Myślę, że popularność jedzenia
poza domem ma nie tylko charakter kulturowy, ale i czysto ekonomiczny. Wiadomo,
czas to pieniądz, więc przygotowywanie posiłków w domu jest ‘kosztowne’, do
tego dochodzi jeszcze kwestia różnicy cen jedzenia w restauracji w stosunku do
kosztu zakupów. O ile w Polsce możemy stosunkowo tanio zrobić zakupy dla
czteroosobowej rodziny, przy porównywalnie wysokim rachunku za obiad dla tej
czwórki w restauracji, o tyle tutaj znacznie więcej zapłacimy za zakupy, a
relatywnie mniej za jedzenie w knajpie. Voilà.
Wracając do jedzenia.
Klasyczna amerykańska trójka barowa to: burgery, skrzydełka i pizza.
Opcją, którą ja często
wybieram jest burger i to trzeba Amerykanom przyznać, wychodzi im on znakomicie.
I nawet biorąc pod uwagę znaczny postęp, jaki nastąpił w Polsce w tej materii,
to jednak burgery tutaj nie mają sobie równych. Niby banalna sprawa: bułka, kawałek
mięcha, ser i jakieś warzywa…
Poniższy, sfotografowany
specjalnie ku tej okazji, zawierał: ser Gruyère, Blue Cheese, bekonowo
karmelizowaną cebulę, sos czosnkowy aioli, rukolę; dostępny był w wersji z
wołowiny albo bizona (smakują tak samo, ale jest to opcja, by kasować dodatkowe
$3) i do tego chrupiące krążki cebulowe. Aż się zrobiłem głodny!
burgerowe pyszności
Jeśli zaś chodzi o różnorodność
smaków to, tak, tak, skrzydełka nie mają sobie równych! Większość barów ma w
swojej ofercie co najmniej 15 wariantów: od łagodnych, czy wręcz słodkich jak
Sweet BBQ (barbecue), poprzez średnio ostre, np. Parmesan Garlic (pieczony
czosnek z parmezanem), na piekielnie pikantnych kończąc, tu Mango Habanero
brzmi kusząco. Każda porcja serwowana jest z kawałkami surowych marchewek i
selera naciowego oraz sosu (no double dipping!).
Do tej pory zastanawia mnie
czym są skrzydełka bez kości… Moja wyobraźnia tego nie ogarnia, a jakoś nie
kusi mnie, by spróbować. Wydaje mi się, że skrzydełka to są jedynie z nazwy.
Whaaaaaaaat?!
Trzecia na podium pizza, w
oferowanej tu wersji, nie do końca trafia w moje upodobania smakowe. Tzw. New
York Style dotyczy średniej grubości ciasta, najczęściej w wersji z pepperoni.
Oczywiście rodzajów jest więcej, ale tak czy siak, jest to zwykle jeden, czy
dwa składniki. Nic specjalnego.
Wyjdźmy już może z baru, pora
przenieść się do restauracji. I tu ze względu na całe bogactwo i różnorodność
dostępnych kuchni skupię się tylko na kilku najpopularniejszych. Na początek kuchnia
meksykańska. Z przykrością stwierdzam, że restauracje dostępne w Polsce
znacznie odbiegają od tutejszych standardów. Może to kwestia dostępności
składników (przypraw?), a może prawdziwie meksykańskich kucharzy, tak czy siak
przepaść jest znacząca i przewija się podczas całego kulinarnego doświadczenia.
No i to guacamole!
Ciężko jest mi coś napisać o
kuchni azjatyckiej, gdyż istnieje ona w tak licznych wariantach, że zamknięcie
tego w jednym akapicie wydaje się być niemożliwe. Od malutkich speluniastych
knajpek, które głównie nastawione są ‘na dowóz’, poprzez chińskie bufety, w
których ‘jesz ile chcesz’, na tematycznych i klimatycznych restauracjach
kończąc. Często takie miejsca oferują BYOB (Bring your own beverage/bottle/beer,
czyli przynieś swój własny napój, butelkę, piwo), kasując jedynie ‘opłatę
korkową’, za otwarcie butelki wina.
No i jest jeszcze sushi! Ciągle
wychodzi ono dość drogo, na szczęście jest dość popularne na tutejszym
Grouponie, jak również są dostępne miejsca z ‘all you can eat’, czyli
wspomniane wcześniej ‘jesz ile chcesz’. Do padnięcia ;)
Podejrzewam, że gdzie, jak
gdzie, ale w Polsce ten format, by się nie przyjął.
Na koniec kulinarnej podróży
chciałbym Was zabrać do jakiejś wykwintnej restauracji, gdzie możemy
rozkoszować się homarem, bądź też przygotowanym wedle życzenia stekiem. Ceny
dań głównych to przeważnie ok. $40 - $50, także pozwolę sobie zacytować
klasyka: ‘cena zabija smak’. Z pomocą przychodzą nam tu jednak takie wydarzenia
jak Taste of Hartford, gdzie restauracje oferują przygotowane specjalnie na tę
okazję małe menu: do wyboru mamy jedną z trzech przystawek, jedno z trzech dań
głównych oraz krótką listę deserów, a to wszystko w stałej cenie, w tym roku
było to $20.16 za lunch i $30.16 za obiad.
To oczywiście nie jest
finalnym kosztem, gdyż do rachunku doliczany jest zarówno podatek (ok. 8-9%)
oraz napiwek, który zwyczajowo wynosi 18% wartości rachunku.
Ciekawym trendem w tych
lepszych restauracjach jest szczycenie się współpracą z lokalnymi dostawcami.
Niektóre organizują wydarzenia pod nazwą ‘farm to table’ (z farmy na stół),
stawiając na miejscowe farmy, czy niewielkie hodowle. Co oczywiście przekłada
się na wyższą cenę.
Nic tylko jeść! I pić. A propos, jutro odbywa się festiwal piwa, na którym będzie 29 lokalnych browarów, także jest pomysł na następny wpis ;)
Jeżeli podczas czytania tego
tekstu uruchomiła się u Was produkcja śliny albo pojawiło burczenie w brzuchu,
to uznam to za spory sukces!
Do następnego razu. Jeśli
macie jakieś życzenia tematyczne, śmiało piszcie w komentarzach.
jako, że jestem tu już od
ponad dwóch miesięcy pomyślałem, że dziś dla odmiany, podzielę się z Wami
pewnymi spostrzeżeniami, przemyśleniami dotyczącymi otaczającej mnie
rzeczywistości, jakże różnej od tej polskiej. Gdzieś ostatnio natknąłem się na
stwierdzenie, że Stany to kraj kontrastów i skrajności. I z tej perspektywy
przyjrzymy się im bliżej.
Można by zacząć od
ogólnonarodowych podziałów na bogatą, przemysłową i „wielkomiejską” północ
kontra ubogie, rolnicze i „wiejskie” południe, czy też na kontekst polityczny,
czyli liberalnych Demokratów i konserwatywnych Republikanów. Przy okazji
zbliżających się wyborów prezydenckich jest to niezwykle gorący temat. W
ostatecznej bitwie zmierzy się dwoje jakże kontrowersyjnych kandydatów: pierwsza
w historii kobieta, była pierwsza dama, oskarżana o liczne nadużycia Hillary
Clinton oraz ‘rasistowska lalka voodoo zrobiona ze zużytej kociej sierści’*
Donald Trump. Naprawdę ciężki wybór Ameryko! To właściwie byłby temat na
oddzielny wpis, który być może się wydarzy, także tyle na dziś.
W kontekście lokalnych skrajności
chciałbym zacząć od tematu dróg. Tak, dróg. Można być pod ogromnym wrażeniem
bardzo rozbudowanej sieci autostrad. Trzy, cztery pasy w każdą stronę, liczne
wiadukty, mosty, tunele i olbrzymie wielopoziomowe skrzyżowania! Co zupełnie
nie stoi na przeszkodzie, by te trzy, cztery pasy, wszystkie wiadukty, mosty,
tunele i każdy poziom skrzyżowań były zapchane autami w godzinach szczytu.
Kompletnie. Na amen! Co ciekawe, Amerykanie wpadli na genialny w swej prostocie
pomysł na rozładowanie części korków: na niektórych odcinkach autostrad
wyodrębnione są specjalne pasy. Tzw. carpool przeznaczony jest dla: autobusów,
taksówek i… samochodów przewożących co najmniej dwoje pasażerów. W efekcie
trzy, cztery pasy nadal są zapchane, a carpoole są niemalże puste. No nie
pomogło.
carpool
Innym ciekawym wątkiem drogowym
jest samo poruszanie się po nich. Pamiętam wyjazd z Nowego Jorku, pomimo
włączonej nawigacji nasza czujność była non stop na poziomie osiem, by w
odpowiednim momencie być na właściwym pasie na kolejnym rozwidleniu. I tak z
dziesięć razy, nim finalnie trafiliśmy na autostradę prowadzącą do domu. Nie
wiem jak ludzie wydostawali się z tego miasta 20 lat temu. Podejrzewam, że na
wszelki wypadek na powrót rezerwowali dodatkowy dzień wolnego. To też tłumaczy
obecność pozostałości po przydrożnych motelach, które w tamtych czasach musiały
przeżywać prawdziwe oblężenie przyjmując zagubionych turystów.
Z drugiej strony mamy,
niezrozumiałą dla Polaków, liczbę znaków (zarówno pionowych, jak i poziomych)
na skrzyżowaniach, zjazdach/wjazdach na autostrady.
a i tak pewnie kilku tam pojechało ;)
niby oczywista oczywistość
STOP!
Na podrzędnych skrzyżowaniach często można się spotkać ze znakiem STOP z dodatkową tabliczką "ALL WAY". Jest to dość upierdliwa i nie do końca przestrzegana zasada (zwłaszcza, gdy jest się jedynym na skrzyżowaniu) nakazująca zatrzymanie się wszystkim pojazdom, bez względu na to, z którego kierunku nadjeżdżają. A kolejność? Kto pierwszy pojawi się na skrzyżowaniu ten pierwszy je opuszcza. Wymaga przyzwyczajenia i skupienia, gdy auta nadjeżdżają z kilku stron niemal jednocześnie.
Skoro jest temat dróg, to nie
może zabraknąć samochodów. Tutaj Amerykanie naprawdę nie mają sobie równych
jeśli chodzi o bogactwo różnorodności pojazdów, które można spotkać na drogach.
No dobra, nie ma Renault, Citroënów, Peugeotów, ani innych Francuzów, czyli
trochę się znają ;)
Jak wspominałem paliwo jest
ciągle stosunkowo tanie, także nie brakuje olbrzymich pickupów z prawie
sześciolitrowymi silnikami, czy SUV’ów pokroju Infinity QX80, czy Chevroleta
Suburbana. Istne potwory drogowe. Na drugim końcu skali mamy nie tylko małe
popularne autka takie jak Mini Cooper, Smart fortwo czy dostępny od niedawna
Fiat 500, ale całe rzesze aut elektrycznych i hybryd. Ostatnio nawet
przechodziliśmy obok BMW i8, cudo! Tesli też jest całkiem sporo.
Infinity QX80
Chevy Suburban
I po co to komu potrzebne...
Autonomiczne Tesle są coraz
bliżej, póki co wciąż potrzebny jest kierowca. Człowiek. Kiedy myślimy o
Amerykanach w głowie rysuje nam się obraz ludzi otyłych. Czy tak jest naprawdę?
Jest gorzej…
Ekstremalne grubasy są
wszędzie (bo samo słowo grubas to za mało), w każdym kolorze skóry. I poniekąd
trudno im się dziwić, kiedy dookoła same fast food’y i napoje gazowane w
rozmiarach XXL. Ostatnio w Burger Kingu widziałem plakaty reklamujące chicken fries,
czyli kurczakowe frytki oraz Mac n’ Cheetos, czyli panierowane pałeczki serowe
z makaronem w środku smażone na głębokim oleju… I to wszystko za jedyne kilka
dolarów, serwowane w kilka minut, często nawet bez konieczności wysiadania z
samochodu. Drive thru bankomaty też nie pomagają ;)
tak to wygląda na oficjalnych materiałach... bleh
tak, to bankomat :)
Jak się zapewne domyślacie
jest też druga strona medalu: całe sekcje ze zdrową żywnością, naklejki
‘organic’ na większości owoców i warzyw, produkty bezglutenowe i inne bez-,
kurczaki bez hormonów i antybiotyków, działy dla wegetarian i wegan. Niestety
ceny takich produktów, podobnie zresztą jak w Polsce, są często dwa, trzy razy
wyższe, niż ich klasycznych odpowiedników.
Jest zdrowe jedzenie, są też
zdrowi ludzie. Nie brakuje osób, które godzinami przesiadują na siłowniach,
basenach, oddają się cross fitowi i innym prozdrowotnym czynnościom. Atleci
żywcem wyjęci z olimpiady (w końcu USA wygrało klasyfikację medalową) kręcą się
po ulicach w drodze od treningu do treningu.
Jedną z bardziej wizualnych
form kontrastu jest bliskość skrajnie różnych dzielnic. Nawet w samym Hartford
można łatwo natknąć się na świetny przykład, gdzie w jednej chwili przejeżdżamy
przez bogatą dzielnicę willową, w której mieszka, m.in. gubernator, by za
chwilę znaleźć się w puertorykańskim getcie. I choć dwa te światy dzieli
zaledwie 200 metrów to jednak istnieje między nimi niewidzialna granica, która
nie pozwala im się mieszać.
Różne narodowości mają swoje
małe społeczności, w tym jest również Little Poland znajdująca się w New
Britain i zrzeszająca największą grupę polonijną w CT. Są tu polskie sklepy,
restauracje, bary, banki, kościoły, kioski, piekarnie, jest też nawet dumnie
brzmiący (i zapewne dziwacznie dla wszystkich innych) monopolowy, a w powietrzu
unosi się zapach pierogów i smażonej cebuli. A wszystko to okraszone klimatem i
mentalnością lat 80-tych.
jak w domu ;)
pod słońce było :P
Czy te kilka przykładów wystarczy, by stwierdzić, że Ameryka to kraj kontrastów? Wymieniać można by jeszcze wiele, te powyższe są z mojego podwórka, piszcie jeśli macie jakieś swoje spostrzeżenia :)
Na zakończenie mały bonus, niby prosto z Ameryki, choć patrząc po dostawczaku, to raczej gdzieś w Europie:
Trzymajcie się ciepło!
*racist voodoo doll made of
discarded cat hair – tak nazwał Trump’a John Oliver, gospodarz programu HBO
„Last Week Tonight”, polecam ze względu na cięty i często bezpardonowy
komentarz dotyczący bieżących tematów.
Wiem, wiem, kolejny weekend i kolejne imprezy, cytując klasyka: "ja wiedziałem, że tak będzie".
Tym razem postanowiliśmy połączyć przyjemne z przyjemnym, także wybór padł na Chicago (czyt. Czikago) i Lollapaloozę (w skrócie Lollę).
Choć niewiele brakowało, by wyjazd w ogóle się nie odbył. Plan, ze względów kosztowych, był taki: albo lecimy i znajdujemy jakąś miejscówkę na couchsurfingu* albo jedziemy autem i wynajmujemy coś na airbnb**.
Druga opcja została przez nas porzucona ze względów logistycznych, stwierdziliśmy, że weekendowy wyjazd jest za krótki, by warto było pokonywać 890 mil (1430 km) samochodem, to jakieś 13,5 godziny jazdy non-stop w jedną stronę, o dużo za dużo.
Poszukiwania gospodarza w tak gorącym okresie, jakim jest Lollapalooza, okazały się być o wiele trudniejsze, niż mi się początkowo wydawało. Łącznie wysłałem ponad 25 zapytań (odpowiednio je modyfikując), by dostać to jedno potrzebne "tak". Dodatkowo zaproszenie potwierdził nowy członek couchsurfingowej społeczności nieposiadający jeszcze żadnych referencji. I to wszystko w momencie kiedy myślałem, że sprawa jest już stracona, a mianowicie w czwartek po południu!
No cóż, pozostawała jeszcze kwestia przelotów i jak patrzyłem wcześniej, to nie wyglądało to zbyt obiecująco. Ceny lotów z Hartford wahały się od $350 do ponad $580, więc pozostawała opcja wylotu z Bostonu (2 godziny jazdy +opłata za parking).
Nie wiem jak to się stało, że na dzień przed wylotem udało nam się znaleźć bezpośredni lot z Hartford, w dogodnych godzinach za niecałe $280. Grunt, że się udało.
Wszystkie rezerwacje potwierdzone, plecaczki spakowane, obiad zjedzony, już mamy szykować się do wyjścia, a tu informacja o... najpierw kilkugodzinnym opóźnieniu lotu, a następnie o jego anulowaniu. Jakieś burze nad Waszyngtonem cofnęły nasz samolot.
Oczywiście, że nas to nie powstrzymało! Udało nam się 'przebookować' lot na pierwszy poranny i o 6:40 w sobotę byliśmy już na pokładzie samolotu linii United.
Dwie godziny lotu w porównaniu do potencjalnych 13,5 godzin jazdy to pikuś. Lotnisko w Hartford jest podobne rozmiarowo do tego w Gdańsku, więc odprawa poszła sprawnie, zwłaszcza w przypadku posiadania jedynie bagażu podręcznego. Drobne różnice: tu trzeba zdejmować również buty oraz pierwszy raz przechodziłem przez obrotowy skaner, który, jak właśnie doczytałem, 'rozbiera' pasażerów.
Po przylocie zamówiliśmy sobie uber'a, wykorzystując Tommiego darmowy kod na przejazd dla nowych klientów (nie wiem, czy zadziała w Europie, ale jak ktoś ma chęć to proszę korzystać: arekw30ue, taki mały product placement :) ).
Na miejscu okazało się, że zarówno nasze lokum, jak i gospodarz w pełni odpowiadał opisowi, także duża ulga na dzień dobry.
Teraz pozostawało jeszcze zdobyć bilety na festiwal, który oczywiście od dawna był wyprzedany :)
To również poszło nam bardzo sprawnie, znaleźliśmy 'dziewczynę z ogłoszenia', która odsprzedała nam dwie opaski nawet trochę poniżej ceny rynkowej.
W sobotę zaliczyliśmy kilka typowo turystycznych atrakcji, m.in. Magnificent Mile. Jest to odpowiednik Nowojorskiej Piątej Alei, z mnóstwem ultra drogich i ekskluzywnych sklepów i miłej dla oka architektury. Co ciekawe, ludzi na ulicach mnóstwo, a w sklepach tak jakby świeciło pustkami, ach Ci turyści!
Mag Mile
Na końcu Alei znajduje się John Hancock Building, znany również jako 360 Chicago. Ukończony w 1969 r. był wówczas drugim najwyższym budynkiem na świecie (zaraz po Empire State Building w Nowym Jorku). Dziś jego 343,5 m. (do dachu, zaś z antenami jest to 457,2 m.) dają mu dopiero czwarte miejsce w samym Chicago, a 33. na świecie!
33-cie? Nie wchodzimy ;)
100 pięter
i windy z prędkością > 9 m/s!
Chicago znane jest powszechnie, jako Wietrzne Miasto. Jak się okazało, ma to niewiele wspólnego z samym wiatrem wiejącym od jeziora Michigan, a... z polityką. Dokładniej chodziło o usilne starania polityków, by właśnie w Chicago zorganizować Wystawę Światową w 1893 roku i "ciepły wiatr wiejący z ich ust w stronę Nowego Jorku".
Historia ta łączy się poniekąd z innym przydomkiem - "Second City" (Drugie Miasto). W 1871 roku doszło do olbrzymiego pożaru, który pochłonął większość drewnianego wówczas miasta. Podobno kobieta łapiąca w swojej stodole Pokemony przypadkowo przewróciła lampę naftową. A tak serio, nie ma oficjalnej przyczyny powstania pożaru. Inną ciekawostką jest jednak to, iż w miejscu jego rozpoczęcia znajduje się obecnie centrum szkoleniowe straży pożarnej :)
Naszym następnym przystankiem było Navy Pier, czyli nabrzeże, z którego można wybrać się na wycieczkę promem wzdłuż jeziora albo zaliczyć trasę architektoniczną płynąc rzeką. Jest to również miejsce z fantastycznym widokiem na panoramę miasta.
widoczki, widoczki
i jeszcze trochę widoczków z drugiej strony
Muszę przyznać, że miasto zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jest dużo większe i ładniejsze, niż myślałem, choć może to też dlatego, że nie nastawiałem się zbyt mocno, skupiając główną uwagę na Lollapaloozie. Festiwal ten obchodził w tym roku swoje 25-ciolecie i mógł się pochwalić obecnością fantastycznych artystów. 4 dni to jednak za wiele, zarówno czasu, jak i pieniędzy, czyli czasu do kwadratu.
line up
Festiwal odbywał się w samym centrum miasta, na terenie Grant Parku. Olbrzymia powierzchnia, 7 scen, dzikie tłumy sięgające 100.000 ludzi dziennie! Przy jednym z barów powiedziano nam, że tylko na tym jednym stanowisku (a takich barów było kilkanaście) zatrzymano ponad 350 fake IDs (podrabianych dokumentów tożsamości; w USA można pić legalnie dopiero po ukończeniu 21 lat). Natomiast świetnymi pomysłami okazały się stacje, gdzie można było bezpłatnie napełnić dowolny pojemnik zimną wodą oraz kilka ponad dwumetrowych wiatraków z podczepionymi wężykami z wodą tworzącymi chłodną mgiełkę. Genialne! Nasze koncertowe szaleństwa przypadły na niedzielę i tego dnia udało nam się zaliczyć: Oh Wonder, Marian Hill, Years & Years, Aurorę, HAIM i Ellie Goulding. Największym zaskoczeniem okazała się najmniej znana w tym gronie Aurora, młoda Norweżka, która powaliła nas swoją szczerością i spontanicznością na scenie, no i do tego ma fantastyczne piosenki. Jeśli jeszcze nie znacie Jej twórczości to polecam przesłuchać kilka utworów, a dla tych, którzy chcieliby poczuć odrobinę klimatu festiwalu, link do całego koncertu (jeśli to za mała zachęta, to dodam, że nas też tam trochę widać od czasu do czasu):
Po całym dniu pełnym muzycznych doznań, przyznaję się bez bicia, po prostu padałem na twarz. Po ostatnim koncercie morze ludzi rozlało się po ulicach miasta i widząc to zacząłem wątpić w możliwość dotarcia do domu tej nocy. Okazało się jednak, że liczne i rozległe ulice Chicago wchłonęły każdą ilość ludzi i na naszej stacji metra czekało zapewne mniej osób, niż podczas codziennych godzin szczytu. W poniedziałek, jak na porządnych turystów przystało, odbyliśmy wspomniany wcześniej architektoniczny rejs wzdłuż rzeki. Co prawda większość trasy można już odbyć pieszo, po nowo wybudowanych bulwarach(?), jednak górę wzięła idea: mało chodzenia, dużo zwiedzania.
Trump Tower
śmiało parkuj :)
Tu należałoby wspomnieć kilka innych przykładów wieżowcowych z Sears Tower (obecnie Willis Tower), czy też powyższym Trump Tower na czele, ale nie będę Was zanudzać. Może sami któregoś dnia postanowicie wybrać się do Chicago, także będziecie mieli wiele do odkrycia. Na koniec tylko wspomnę, że przytrafiła nam się kolejna miła niespodzianka: spotkaliśmy członków zespołu Oh Wonder jedzących sobie lunch, dostałem autograf :) I na koniec końca jeszcze dwie foteczki z widokiem na rozświetlone nocą miasto.
mają rozmach...
...nie ma co :)
Dzięki i do następnego razu! *couchsurfing.org - strona zrzeszająca podróżników z całego świata, idea polega na oferowaniu bezpłatnych noclegów ludziom odwiedzającym dane miasto/miejsce **airbnb.com - tu natomiast można wynająć pokój/mieszkanie od prywatnych osób, w cenie dużo niższej niż hotelowej