Thursday, July 28, 2016

pomarańczowo

Witajcie!

Dzisiaj odcinek specjalny pod tytułem "Ślub". 
Jako, że dzieli nas duża woda i niestety nie mieliście okazji osobiście uczestniczyć w tej niewielkiej ceremonii to teraz chciałbym się z Wami podzielić wrażeniami i przybliżyć Wam jej przebieg. 

Wstępnym terminem, jak zapewne część z Was wie, był dzień 16.07., czyli dzień po bitwie pod Grunwaldem, ale ze względów logistycznych przesunęliśmy wszystko o tydzień do tyłu, czyli na 9.07.. Chcieliśmy zaliczyć Coldplay'a, ot i cały powód ;)
Właściwie na kilka dni przed samym ślubem, nie wiedzieliśmy nawet w jakiej formie i czy w ogóle się on odbędzie. Najprostsza wersja zakładała udanie się do ratusza, wypełnienie formalności, podpisanie świstków i tyle. Bez zbędnych ceregieli.
Zdecydowaliśmy jednak, że przyjemniej by było, gdyby nadać temu specjalną otoczkę. I tak najpierw Cheryl (ciocia Tommiego) zaproponowała ich domek nad jeziorem, jako lokalizację, później udało nam się potwierdzić, że Kieran (znajomy z NYC) może być osobą udzielającą nam ślubu, a na koniec doszedł jeszcze temat pomarańczowych strojów i wystroju. I to było w środę, na 3 dni przed. 

Całkiem ciekawa sprawa wynikła odnośnie tego kto może, a kto nie może prowadzić ceremonii. I tak, prawo stanowe dopuszcza każdego przedstawiciela kościoła, kto czynnie uczestniczy w jego działalności. Nie precyzuje jednak, czym to czynne uczestnictwo jest. Tu z pomocą przybyła nam przemiła urzędniczka, która poinformowała nas, że tak naprawdę leży to w naszej gestii, czy czujemy się z daną osobą komfortowo. Dodatkowo ślubów mogą udzielać wszyscy sędziowie, zarówno urzędujący, jak i w stanie spoczynku emerytalnego, jak i tzw. Sędziowie Pokoju (Justice of Peace), którzy jednak pobierają opłatę w wysokości ok. $300 - $400. Także, dzięki Kier! 


mini dekoracje

Zupełnie nieplanowanie wyszło nam 12-ścioro gości, także dwunastkowy duch został zachowany. Sama ceremonia trwała jakieś 5 - 6 minut, Kier miał przygotowaną specjalnie na tę okazję przemowę, następnie zaś przyszła pora na napisane (czyt. zmontowane) przez nas przysięgi. Muszę przyznać, że trochę się wzruszyłem i czułem w głosie to emocjonalne poruszenie całą sytuacją. Jak spojrzałem później na obecne panie, to prawie każda miała łzy w oczach.

Bardzo się cieszę, że całość miała taką luźną, nieformalną formę. A do tego sporą dozę spontaniczności (jako, że nie było mowy o żadnej próbie), dzięki temu całe wydarzenie miało swój urok. Po ceremonii był toast na tarasie, bardzo ciepłe słowa padły z ust Toma Seniora (czyli taty Tommiego), a następnie przyszła pora na zdjęcia. Dzięki temu, że było nas niewiele udało się wszystkich obfotografować w każdej możliwej konfiguracji w mniej niż 15 minut, duża ulga, bo w końcu ile można się uśmiechać i wyglądać naturalnie. 

cheers!
   
O dobre jedzenie zadbał Josh (chłopak siostry Tommiego), z którego się trochę nabijaliśmy, mówiąc, że jego miejsce jest w kuchni. Josh jest Hindusem. Nie obraził się ;)
Miłą niespodziankę w postaci lodowego tortu przygotowała Cheryl. My zaś mieliśmy dla gości mały quiz dotyczący nas obu, w którym można było wygrać butelkę wina. Ostatnie zadanie było kluczowe dla całej zabawy, a było ono następujące: Podaj nasz wspólny wiek w dniach zaokrąglając do pełnych tysięcy (na dzień 9.07.). Tylko jedna drużyna podała prawidłową odpowiedź! Jak macie chęć to wpisujcie swoje propozycje w komentarzach.
Właśnie, w kwestii komentarzy: piszcie proszę, czy i jak Wam się podoba taka forma, co warto by dodać, co zmienić. Jestem ciekaw Waszych opinii. 

teściowie i szwagierka, a Josh pewnie w kuchni ;)


A wracając do tematu to cała impreza trwała mniej więcej do 17, więc dość nietypowo. Nawet pogoda była dziwna, tak jak na co dzień temperatury dochodziły do trzydziestu kilku stopni, tak na ten jeden dzień ochłodziło się do 19-stu! Także temperatura wody była wyższa od powietrza. 

Po imprezie nad jeziorem było szybkie przebranie i przegrupowanie i już w mniejszym gronie spotkaliśmy się na kolacji w restauracji. Dobrze, że całość fundowali rodzice Tommiego, bo rachunek dobił do $500 (kelnerka na pewno cieszyła się z $80 napiwku!). 

I w taki oto sposób zakończył się dzień, w którym oficjalnie zostałem mężem :)

Do przeczytania w następnym odcinku! 






Monday, July 18, 2016

Coldplay'owo


Hej, hej!

Jeszcze kilka podobnych wpisów i wyjdzie na to, że nic tylko tu imprezujemy :)
Ale cóż zrobić, taki żywot, jakoś sobie musimy radzić. 


Kolejny weekend wypełniony gęsioskórkowymi momentami oraz sentymentalnym powrotem do miejsc, które niestety w większości już nie istnieją, ale o tym później.

Długo czailiśmy się na bilety na Coldplay'a, które w oficjalnej sprzedaży, nawet jak na Stany, okazały się być mega drogie, zastanawialiśmy się, czy lepiej na trybuny, czy na płytę i finalnie zdecydowaliśmy się na bezpieczniejszą, trybunową opcję. Do tego dołożyliśmy pokój wynajęty przez airbnb nieopodal stadionu, parking też w pobliżu i w sumie wszystko było gotowe.

Ruszyliśmy w trasę w sobotę rano, żeby zaliczyć jeszcze coś na Manhattanie. I tu wybór padł na nietypową atrakcję, a mianowicie na High Line Park. Jest to park powstały na dawnej linii kolejowej ciągnącej się przez ponad 2 km ponad ulicami zachodniej części Manhattanu. Bardzo klimatyczne miejsce, które pozwala uciec na chwilę od zgiełku ulic pod spodem, a do tego najszybsza piesza opcja, omijająca liczne skrzyżowania i światła. Niestety odkąd otwarto park w 2009 roku stał się on kolejną obowiązkową atrakcją na mapie Nowego Jorku, także ludzi co nie miara (czyt. 5 mln odwiedzin w 2014 roku)!


High Line Park


i trochę trawki nad miastem

Wspominałem już, że w Stanach ogólnie bardziej opłaca się jeździć samochodem, niż autobusami? Ceny paliwa są tu wciąż dużo niższe niż w Polsce, 1 galon to koszt ok. $2,15, co w przeliczeniu na nasze daje jakieś 2,3 PLN za litr paliwa. No cóż, to nie do końca jest prawdą w odniesieniu do Manhattanu, gdzie sam wjazd, czy to mostem, czy tunelem to koszt $15 za autko! Ale nie jest tak źle, płacisz tylko przy wjeździe, także wyjazd masz za free, sprytnie. Nie wspominając już o miejscu parkingowym, istny obłęd, żeby zaparkować gdzieś na ulicy, no a parkingi obok to jakieś $8,5 za... pół godziny, także w przypadku podróży na i po Manhattanie lepiej korzystać z komunikacji miejskiej.
Jest lepiej w przypadku aut elektrycznych/hybryd, nawet w Hartford natknąłem się ostatnio na parking ze stanowiskami do ładowania.

smartfona nie podładujesz, ale autko owszem

Ale wracając do NYC. Koncert odbył się na stadionie należącym do dwóch drużyn futbolu amerykańskiego: New York Jets oraz New York Giants. Jest to drugi największy stadion w Stanach, który może pomieścić ponad 82.000 widzów. I nie wiem, czy nie miałbym lęku wysokości na tych najwyższych poziomach!




Sam koncert, zgodnie z oczekiwaniami dostarczył niesamowitych wrażeń. To właściwie już nie jest 'tylko' koncert, to dwugodzinne show pełne fajerwerków, konfetti, balonów, ogni, laserów i ponad 80.000 świecących w różnych kolorach bransoletek! No i cudnych piosenek! Gardło jeszcze mnie trochę boli od śpiewania (czyt. wydzierania się). 


nie jest to najlepsza panorama, ale widać o co chodzi





Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie strona logistyczna, zarówno dotarcie na stadion, jak i późniejszy powrót odbyły się bardzo sprawnie, a nie jak w Łodzi, gdzie w szatni 1.200 kurtek wydawały 3 osoby (ale to w końcu Łódź).
A do tego ilość żarcia i picia jakie tam schodzą... niesamowite. W sumie nie dziwi mnie już dlaczego na płycie też były krzesełka. 

A w niedzielę ruszyliśmy na Williamsburg, czyli hipsterską dzielnicę Brooklynu, sąsiadującą z Greenpoint'em (jeszcze polską częścią). To tam pracowałem w kanapkarni i w sklepie elektronicznym i tam też mieliśmy zamieszkać z Tommim w 2010 roku (on sam tam pobył przez miesiąc, jako, że pokój już był wynajęty i gotowy). 
Niestety kanapkarnia i restauracja zmieniły właściciela, nazwę i ekipę, a sklep z elektroniką choć nadal istnieje, to zajmuje mniej niż połowę miejsca i też trafił w inne ręce. 

Na szczęście kilka miejsc się nie zmieniło. Wybraliśmy się do francuskiej naleśnikarni, w której byliśmy raz prawie 6 lat temu i nadal było przepysznie (to stamtąd jest przepis na naleśnika z krewetkami, szpinakiem i curry). To samo tyczyło się niemieckiej pijalni piwa i smaku Weihenstephaner'a, czyli najlepszej pszenicy, jaką piłem. 

Ciekawe jak zmienia się postrzeganie tego samego miejsca na przestrzeni lat. Dziś nie ciągnie mnie już na Brooklyn, za gorąco, za hipstersko, za mało zieleni, za dużo betonu i w upalne dni jak ten - zapachu, który nie powala (a raczej prawie powala). 

To tyle na dziś! Jeszcze wiele wakacyjnych weekendów przed nami!




Tuesday, July 5, 2016

redneck'owo

Witajcie! 

W zeszły piątek mieliśmy okazję uczestniczyć w corocznej imprezie pt. "Redneck Party". 


Jeżeli Wam, podobnie jak mi do niedawna, nic nie mówi to pojęcie to już spieszę z wytłumaczeniem (wspierając się wikipedią): 

Redneck – historyczne, slangowe określenie o zabarwieniu pejoratywnym, określające biednych, białych farmerów na południu Stanów Zjednoczonych[1]. Nazwa dosłownie oznaczająca czerwony (domyślnie od opalenizny) kark nawiązuje do osobistego wykonywania fizycznych prac polowych w odróżnieniu od bogatych farmerów posługujących się niewolnikami a później pracownikami najemnymi i maszynami.

W praktyce oznacza to prostych chłopków roztropków z Południa, znanych również jako 'white trash'. Stąd też żartobliwe dekoracje i stroje:


na powitanie

'toalety'

zwyciężczyni konkursu na najlepszy strój
Impreza, jak to impreza, głównie polegała na drobnych pogawędkach, jedzeniu i piciu, choć i tu gospodarze wykazali się sporą dozą fantazji serwując, m.in. jello-shoty (galaretki z alkoholem w narodowych barwach: czerwonej i niebieskiej), misternie ozdobione babeczki, kupę kojota, czyli cheetosy (domyślnie słone) w karmelowej posypce, czy ananasa nasączonego rumem i arbuza z malinową wódką.


jello-shoty

babeczki

pychota :)



Na takiej imprezie nie mogło również zabraknąć beer-ponga, czyli klasycznej gry, w której usiłujesz trafić piłeczką ping-pongową do kubków przeciwnika, zmuszając ich do wypicia piwnej zawartości. Drugą równie popularną grą jest flip cup: to taka sztafeta, wypijasz zawartość swojego kubka, po czym ustawiasz go na krawędzi stołu i jednym podbiciem próbujesz przewrócić go do góry dnem, następnie kolejni zawodnicy robią to samo ze swoimi kubkami, wiadoma sprawa wygrywają Ci szybsi. 


 'sportowe' zmagania


Najmłodsi też nie mieli powodów do narzekań, dla nich była przygotowana ślizgawka, na bieżąco namaczana wodą z pianotwórczym płynem, oraz dmuchane zabawki. Całkiem udane połączenie. Psom też się podobało. Może nawet bardziej ;)



Krótko pisząc, a bogato ilustrując było szałowo, chillowo i wystrzałowo :)





I na zakończenie coś z zupełnie innej beczki - amerykańskie znaki drogowe i mój nowy ulubieniec napotkany wczoraj ("nawet nie myśl o tym, by tu zaparkować"):

'don't even think of parking here'

Do następnego przeczytania!