Monday, July 18, 2016

Coldplay'owo


Hej, hej!

Jeszcze kilka podobnych wpisów i wyjdzie na to, że nic tylko tu imprezujemy :)
Ale cóż zrobić, taki żywot, jakoś sobie musimy radzić. 


Kolejny weekend wypełniony gęsioskórkowymi momentami oraz sentymentalnym powrotem do miejsc, które niestety w większości już nie istnieją, ale o tym później.

Długo czailiśmy się na bilety na Coldplay'a, które w oficjalnej sprzedaży, nawet jak na Stany, okazały się być mega drogie, zastanawialiśmy się, czy lepiej na trybuny, czy na płytę i finalnie zdecydowaliśmy się na bezpieczniejszą, trybunową opcję. Do tego dołożyliśmy pokój wynajęty przez airbnb nieopodal stadionu, parking też w pobliżu i w sumie wszystko było gotowe.

Ruszyliśmy w trasę w sobotę rano, żeby zaliczyć jeszcze coś na Manhattanie. I tu wybór padł na nietypową atrakcję, a mianowicie na High Line Park. Jest to park powstały na dawnej linii kolejowej ciągnącej się przez ponad 2 km ponad ulicami zachodniej części Manhattanu. Bardzo klimatyczne miejsce, które pozwala uciec na chwilę od zgiełku ulic pod spodem, a do tego najszybsza piesza opcja, omijająca liczne skrzyżowania i światła. Niestety odkąd otwarto park w 2009 roku stał się on kolejną obowiązkową atrakcją na mapie Nowego Jorku, także ludzi co nie miara (czyt. 5 mln odwiedzin w 2014 roku)!


High Line Park


i trochę trawki nad miastem

Wspominałem już, że w Stanach ogólnie bardziej opłaca się jeździć samochodem, niż autobusami? Ceny paliwa są tu wciąż dużo niższe niż w Polsce, 1 galon to koszt ok. $2,15, co w przeliczeniu na nasze daje jakieś 2,3 PLN za litr paliwa. No cóż, to nie do końca jest prawdą w odniesieniu do Manhattanu, gdzie sam wjazd, czy to mostem, czy tunelem to koszt $15 za autko! Ale nie jest tak źle, płacisz tylko przy wjeździe, także wyjazd masz za free, sprytnie. Nie wspominając już o miejscu parkingowym, istny obłęd, żeby zaparkować gdzieś na ulicy, no a parkingi obok to jakieś $8,5 za... pół godziny, także w przypadku podróży na i po Manhattanie lepiej korzystać z komunikacji miejskiej.
Jest lepiej w przypadku aut elektrycznych/hybryd, nawet w Hartford natknąłem się ostatnio na parking ze stanowiskami do ładowania.

smartfona nie podładujesz, ale autko owszem

Ale wracając do NYC. Koncert odbył się na stadionie należącym do dwóch drużyn futbolu amerykańskiego: New York Jets oraz New York Giants. Jest to drugi największy stadion w Stanach, który może pomieścić ponad 82.000 widzów. I nie wiem, czy nie miałbym lęku wysokości na tych najwyższych poziomach!




Sam koncert, zgodnie z oczekiwaniami dostarczył niesamowitych wrażeń. To właściwie już nie jest 'tylko' koncert, to dwugodzinne show pełne fajerwerków, konfetti, balonów, ogni, laserów i ponad 80.000 świecących w różnych kolorach bransoletek! No i cudnych piosenek! Gardło jeszcze mnie trochę boli od śpiewania (czyt. wydzierania się). 


nie jest to najlepsza panorama, ale widać o co chodzi





Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie strona logistyczna, zarówno dotarcie na stadion, jak i późniejszy powrót odbyły się bardzo sprawnie, a nie jak w Łodzi, gdzie w szatni 1.200 kurtek wydawały 3 osoby (ale to w końcu Łódź).
A do tego ilość żarcia i picia jakie tam schodzą... niesamowite. W sumie nie dziwi mnie już dlaczego na płycie też były krzesełka. 

A w niedzielę ruszyliśmy na Williamsburg, czyli hipsterską dzielnicę Brooklynu, sąsiadującą z Greenpoint'em (jeszcze polską częścią). To tam pracowałem w kanapkarni i w sklepie elektronicznym i tam też mieliśmy zamieszkać z Tommim w 2010 roku (on sam tam pobył przez miesiąc, jako, że pokój już był wynajęty i gotowy). 
Niestety kanapkarnia i restauracja zmieniły właściciela, nazwę i ekipę, a sklep z elektroniką choć nadal istnieje, to zajmuje mniej niż połowę miejsca i też trafił w inne ręce. 

Na szczęście kilka miejsc się nie zmieniło. Wybraliśmy się do francuskiej naleśnikarni, w której byliśmy raz prawie 6 lat temu i nadal było przepysznie (to stamtąd jest przepis na naleśnika z krewetkami, szpinakiem i curry). To samo tyczyło się niemieckiej pijalni piwa i smaku Weihenstephaner'a, czyli najlepszej pszenicy, jaką piłem. 

Ciekawe jak zmienia się postrzeganie tego samego miejsca na przestrzeni lat. Dziś nie ciągnie mnie już na Brooklyn, za gorąco, za hipstersko, za mało zieleni, za dużo betonu i w upalne dni jak ten - zapachu, który nie powala (a raczej prawie powala). 

To tyle na dziś! Jeszcze wiele wakacyjnych weekendów przed nami!




No comments:

Post a Comment