Cześć i czołem!
Gdzieś mi styczeń uciekł.
Wiem, wiem, trochę Was zaniedbałem. Wybaczcie. Tak to jest jak człowiek pójdzie
do pracy. Wiem, to obrzydliwe, ale czasem trzeba.
A tak serio, pochwalę się, że
nie tylko oficjalnie dostałem pracę, ale też, że mi się podoba! Sam nie wiem
jak to się stało, ale podejrzewam, że piwo, a dokładniej picie piwa w pracy, po
pracy i jako praca, miało swój udział w tym niecnym procederze. No i w końcu
mam robotę zgodną z kierunkiem studiów: zostałem menadżerem, czy tam menagierem
albo znów oficjalnie Managerem Tap Roomu.
Hanging Hills wzbogaciło się
jednorazowo o dwóch pracowników, moja pierwotna robota trafiła w ręce Erica,
czyli taki Arek po ichniemu. Nie wiem, czy imię było w wymaganiach, ale gościu
się póki co sprawdza. Także obecnie firmę tworzy trzech współwłaścicieli i
dwóch Arków. Cheers to that!
Przede mną nie lada wyzwanie. Do
tej pory Tap Room był otwarty od czwartku do niedzieli. Pomysłem jest
zorganizowanie Industry Night w poniedziałki, czyli otwarcie drzwi dla ludzi z
branży. Przeważnie większość barów i restauracji jest tego dnia nieczynna, więc
jest to okazja do świętowania dla barmanów, kelnerów, kucharzy, zmywaczy i
innych „serwisantów”, w obydwu wersjach płciowych. Pierwsza nasza impreza nie
ściągnęła oczekiwanej ilości osób, może wyszło to trochę niefortunnie, gdyż
było to dzień po Superbowl, wygranym przez drużynę z podwórka obok, a może po
prostu musimy jeszcze popracować trochę nad promocją. Jestem otwarty na Wasze
propozycje.
Superbowl to w Stanach wielkie
wydarzenie. I to na trzech płaszczyznach, gdyż jest to jednocześnie święto
sportu, muzyki i reklamy. Sam sport, nawet uwzględniając historyczny przebieg
meczu, nie wywołuje u mnie większego poruszenia, za to muzyczne show w przerwie
oglądałem nie tylko z radością, ale i z zachwytem, mimo, iż Lady Gaga nie
należy do moich ulubionych artystek. Logistycznie, technicznie i artystycznie
na szóstkę! Albo po amerykańsku na A!
W kwestii reklam był to, jak
dla mnie, średni rok. Nie mogło zabraknąć akcentów związanych z imigracją, ale
za to zabrakło tego czegoś, co zapadałoby w pamięć. Dobrze, że chociaż dali
krótki zwiastun drugiego sezonu Stranger Things. Kto nie oglądał niech
koniecznie nadrobi zaległości.
Nie wiem jak to jest, że
Amerykanie wszystko muszą mieć większe. Domy, samochody, telewizory, porcje
coli w kinie… Ta lista nie ma końca. Ale, że burze! Czuję się oburzony. Wczoraj
pierwszy raz byłem świadkiem burzy śnieżnej z grzmotami i piorunami. Od 8 rano
do 16 popołudniu sypał śnieg. Tak na pierwszy rzut oka z okna wyglądało mi to
na jakieś 30-40 cm śniegu. Sporo. Co prawda nie doszło do oblężenia i ogołocenia
sklepów, ale wystarczyło, by zamknąć szkoły i pewnie większość urzędów, zaś
całe rzesze ludzi dostały przyzwolenie do pracy z domu. Dla mnie oznaczało to
wolny wieczór i możliwość popracowania nad tym tekstem. Także, dzięki burzo.
![]() |
| Napadało! |
![]() |
| Ja nie odśnieżałem ;) |
Burzyście rozpoczęła się
również prezydentura Trumpa. I nie chodzi mi o same dekrety, np. o imigracji. Napotkał
on sprzeciw nie tylko społeczeństwa, ale też i sądu apelacyjnego, który tenże
dekret zdążył już zablokować. Myślałem natomiast o jego rozmowie z premierem
Australii, która była zaplanowana na godzinę, a skończyła się po 20 minutach
rzekomym rzuceniem słuchawki przez Donalda. W ogóle, jak go gdzieś tam słyszę
to odnoszę wrażenie, że znam więcej angielskich słów od niego. Oszczędzę Wam dalszych
politycznych tematów, ale jedną ciekawostkę przemycę. A mianowicie, osoby
tłumaczące jego przemówienia mają ponoć znacznie utrudnioną pracę, ze względu
na sposób formułowania wypowiedzi przez Trumpa; krótkie, niegramatyczne zdania,
które w językach obcych albo nie mają swojego odpowiednika albo co gorsze, są zbyt
ogólnikowe, wobec czego trudno stwierdzić o czym ten człowiek w ogóle mówi. Mam
wrażenie, że to jest celowa zagrywka.
A skoro już jesteśmy przy słowach.
Zastanawialiście się kiedyś nad ich realną mocą? I nie mam tu na myśli słów
wypowiadanych przez przywódców państw, papieży czy innych osobistości. Myślę o
nas i o słowach, które są wydźwiękiem naszych myśli. Albo czasem ich braku. Pojedyncze
słowa, które zmieniają nasze życie. Wypowiedziane we właściwym, bądź
niewłaściwym momencie. Choćby tak niepozorny przykład jak, wydawać by się
mogło, prozaiczne słowo „praca”. W odpowiednim kontekście stanie się źródłem
dochodu, dostatku, dobrobytu, kiedy indziej doprowadzi do deportacji. Skoro
niepozorna „praca” potrafi zrobić taką rozróbę, to cóż uczynić mogą słowa
domyślnie pełne mocy, jak „miłość”, czy „kocham”? Mocy dawania i odbierania
jednocześnie.
Chyba już ostatnia obserwacja
na dziś. Mam wrażenie, że tutaj, w Stanach, słowa te zatraciły swoją pierwotną
moc. Jak pytacie? Dlaczego?
Klasyczne nadużycie.
Wypowiadane tak często, tak
błaho, tak powszechnie. Obdarte z aury wyjątkowości i specjalności. Niemal
stały się obowiązkowe przy okazji spotkań rodzinnych, urodzin, rozmów
telefonicznych, czy spotkań w gronie znajomych (celowo nie napisałem
‘przyjaciół’). Czy jednak nieprawdziwe?
Kontrastowo: w naszej rodzinie
nie było zwyczaju mówienia sobie „kocham Cię”, jednak miłości tam nigdy nie
brakowało. Wierzę, że tak jest, bo choć wspomniane słowa mają magiczną moc, to
jednak czyny stanowiły kwintesencję wspieranych przez nie uczuć.
I znowu, mam wrażenie, że tutaj
doszło do pewnej zamiany wartości. Słowa stały się ważniejsze. A przynajmniej
wystarczające. Zmemłane i zmęczone, powtarzane tylekroć, niczym mantra, aż
dawały upragnione uczucie realności.
Czy to znaczy, że Amerykanie
nie kochają? Oczywiście, że kochają. Inaczej. Mniej? Bardziej? Inaczej. To kolejna
forma kopiowana z pokolenia na pokolenie, choć tak historycznie różnie
doświadczającego. Inna forma niż u nas. Nasze pączki, ich donuty, nasza
szarlotka, ich apple pie. Wiem, to było dziwne. Ale to przecież tylko słowa.
Także ważcie słowa i warzcie piwa!

