Friday, September 16, 2016

życzeniowo

Hejkum dejkum,

W dzisiejszym odcinku, na prośbę jednej z wiernych czytelniczek, zajmiemy się chlebem naszym powszednim, czyli jedzeniem pod różnymi możliwymi postaciami. Polecam nie zasiadać do lektury na pusty żołądek ;)
W sumie, dlaczego nie, zacznijmy od chleba, który tutaj nijak ma się do tego, co w Polsce jest dostępne w pierwszej lepszej piekarni. Jeśli macie na myśli zapach jeszcze gorącego, dobrze dopieczonego bochenka i tej chrupiącej skórki to… na pewno nie jesteście w Stanach. Najpowszechniejszą formą ‘tego czegoś’, co tu nazywa się chlebem, jest biały chleb tostowy: kwadratowe kromki, zapakowane w worek, zupełnie bez smaku, zapachu, za to mięciutkie jak gąbka. Oczywiście są też inne rodzaje: z pełnego ziarna, żytnie, wielozbożowe, o różnych dumnie brzmiących nazwach, w kształcie klasycznych bochenków, z glutenem i bez, ale ciągle jest to zapakowana w worek, pokrojona, bezsmakowa gąbka. Zjadliwe po stostowaniu (i taki napis powinni dodać na opakowaniu!). Dostępne jedynie w supermarketach, bo piekarnie jako takie nie istnieją.

Ostatnio nawet trafiłem na poniższy demot, który bardzo dobrze podsumowuje ten temat. Także pojęcie ‘emigracji za chlebem’ nabiera nowego, paradoksalnego znaczenia. 


'chleby'

Na szczęście są jeszcze bagels, czyli wywodzące się z Polski, a przywiezione do Stanów przez żydowskich emigrantów,  bajgle. Tu już sprawa ma się nieco lepiej jeśli chodzi zarówno o smak, jak i o konsystencję. W przeciwnym razie nie wiem co ja bym jadł na śniadania! 

klasyka, czyli BLT: Bacon, Lettuce, Tomato and mayo ;)

Takim śniadaniowym smakołykiem - klasykiem, w nieco odmiennej niż u nas formie, są pancakes [pankejks], najbliżej im do naleśników, choć są mniejsze i grubsze i polane olbrzymią ilością syropu klonowego. Obrzydliwie słodkie J
Z kolei nasze naleśniki tutaj są określane mianem francuskim, czyli crêpes [krejps] albo [kreps]. I tak jak u nas dostępne są zarówno w wersji słodkiej, jak i wytrawnej, także nie będę im poświęcał więcej uwagi (najlepsze jakie jadłem: z krewetkami i szpinakiem w curry, pyyycha!).
Mam wrażenie, że w dni powszednie śniadaniem większości pracujących Amerykanów jest kawa. I może jakaś szybka kanapka do tego, typu: jajko, bekon, ser.

W takim razie co na lunch? Opcji, w zależności od miejsca pracy i budżetu jest wiele. Sałatka, wrap, burger, jakiś makaron… Do wyboru do koloru.
Zdecydowana większość ludzi je lunch ‘na mieście’, a i tu jest wyjątek, który stanowią Hindusi. Ci zazwyczaj mają swoje posiłki popakowane w małe, kolorowe, liczne pojemniki, a samo jedzenie jest bardzo aromatyczne.
Myślę, że popularność jedzenia poza domem ma nie tylko charakter kulturowy, ale i czysto ekonomiczny. Wiadomo, czas to pieniądz, więc przygotowywanie posiłków w domu jest ‘kosztowne’, do tego dochodzi jeszcze kwestia różnicy cen jedzenia w restauracji w stosunku do kosztu zakupów. O ile w Polsce możemy stosunkowo tanio zrobić zakupy dla czteroosobowej rodziny, przy porównywalnie wysokim rachunku za obiad dla tej czwórki w restauracji, o tyle tutaj znacznie więcej zapłacimy za zakupy, a relatywnie mniej za jedzenie w knajpie. Voilà.

Wracając do jedzenia. Klasyczna amerykańska trójka barowa to: burgery, skrzydełka i pizza.
Opcją, którą ja często wybieram jest burger i to trzeba Amerykanom przyznać, wychodzi im on znakomicie. I nawet biorąc pod uwagę znaczny postęp, jaki nastąpił w Polsce w tej materii, to jednak burgery tutaj nie mają sobie równych. Niby banalna sprawa: bułka, kawałek mięcha, ser i jakieś warzywa…
Poniższy, sfotografowany specjalnie ku tej okazji, zawierał: ser Gruyère, Blue Cheese, bekonowo karmelizowaną cebulę, sos czosnkowy aioli, rukolę; dostępny był w wersji z wołowiny albo bizona (smakują tak samo, ale jest to opcja, by kasować dodatkowe $3) i do tego chrupiące krążki cebulowe. Aż się zrobiłem głodny!

burgerowe pyszności

Jeśli zaś chodzi o różnorodność smaków to, tak, tak, skrzydełka nie mają sobie równych! Większość barów ma w swojej ofercie co najmniej 15 wariantów: od łagodnych, czy wręcz słodkich jak Sweet BBQ (barbecue), poprzez średnio ostre, np. Parmesan Garlic (pieczony czosnek z parmezanem), na piekielnie pikantnych kończąc, tu Mango Habanero brzmi kusząco. Każda porcja serwowana jest z kawałkami surowych marchewek i selera naciowego oraz sosu (no double dipping!).
Do tej pory zastanawia mnie czym są skrzydełka bez kości… Moja wyobraźnia tego nie ogarnia, a jakoś nie kusi mnie, by spróbować. Wydaje mi się, że skrzydełka to są jedynie z nazwy.

Whaaaaaaaat?!

Trzecia na podium pizza, w oferowanej tu wersji, nie do końca trafia w moje upodobania smakowe. Tzw. New York Style dotyczy średniej grubości ciasta, najczęściej w wersji z pepperoni. Oczywiście rodzajów jest więcej, ale tak czy siak, jest to zwykle jeden, czy dwa składniki. Nic specjalnego.

Wyjdźmy już może z baru, pora przenieść się do restauracji. I tu ze względu na całe bogactwo i różnorodność dostępnych kuchni skupię się tylko na kilku najpopularniejszych. Na początek kuchnia meksykańska. Z przykrością stwierdzam, że restauracje dostępne w Polsce znacznie odbiegają od tutejszych standardów. Może to kwestia dostępności składników (przypraw?), a może prawdziwie meksykańskich kucharzy, tak czy siak przepaść jest znacząca i przewija się podczas całego kulinarnego doświadczenia. No i to guacamole!

Ciężko jest mi coś napisać o kuchni azjatyckiej, gdyż istnieje ona w tak licznych wariantach, że zamknięcie tego w jednym akapicie wydaje się być niemożliwe. Od malutkich speluniastych knajpek, które głównie nastawione są ‘na dowóz’, poprzez chińskie bufety, w których ‘jesz ile chcesz’, na tematycznych i klimatycznych restauracjach kończąc. Często takie miejsca oferują BYOB (Bring your own beverage/bottle/beer, czyli przynieś swój własny napój, butelkę, piwo), kasując jedynie ‘opłatę korkową’, za otwarcie butelki wina.
No i jest jeszcze sushi! Ciągle wychodzi ono dość drogo, na szczęście jest dość popularne na tutejszym Grouponie, jak również są dostępne miejsca z ‘all you can eat’, czyli wspomniane wcześniej ‘jesz ile chcesz’. Do padnięcia ;)
Podejrzewam, że gdzie, jak gdzie, ale w Polsce ten format, by się nie przyjął.

Na koniec kulinarnej podróży chciałbym Was zabrać do jakiejś wykwintnej restauracji, gdzie możemy rozkoszować się homarem, bądź też przygotowanym wedle życzenia stekiem. Ceny dań głównych to przeważnie ok. $40 - $50, także pozwolę sobie zacytować klasyka: ‘cena zabija smak’. Z pomocą przychodzą nam tu jednak takie wydarzenia jak Taste of Hartford, gdzie restauracje oferują przygotowane specjalnie na tę okazję małe menu: do wyboru mamy jedną z trzech przystawek, jedno z trzech dań głównych oraz krótką listę deserów, a to wszystko w stałej cenie, w tym roku było to $20.16 za lunch i $30.16 za obiad.
To oczywiście nie jest finalnym kosztem, gdyż do rachunku doliczany jest zarówno podatek (ok. 8-9%) oraz napiwek, który zwyczajowo wynosi 18% wartości rachunku.
Ciekawym trendem w tych lepszych restauracjach jest szczycenie się współpracą z lokalnymi dostawcami. Niektóre organizują wydarzenia pod nazwą ‘farm to table’ (z farmy na stół), stawiając na miejscowe farmy, czy niewielkie hodowle. Co oczywiście przekłada się na wyższą cenę.

Nic tylko jeść! I pić. A propos, jutro odbywa się festiwal piwa, na którym będzie 29 lokalnych browarów, także jest pomysł na następny wpis ;)
Jeżeli podczas czytania tego tekstu uruchomiła się u Was produkcja śliny albo pojawiło burczenie w brzuchu, to uznam to za spory sukces!
Do następnego razu. Jeśli macie jakieś życzenia tematyczne, śmiało piszcie w komentarzach.

a na deser świeżo pieczony PIES :D