Thursday, August 25, 2016

kontrastowo

Witajcie,

jako, że jestem tu już od ponad dwóch miesięcy pomyślałem, że dziś dla odmiany, podzielę się z Wami pewnymi spostrzeżeniami, przemyśleniami dotyczącymi otaczającej mnie rzeczywistości, jakże różnej od tej polskiej. Gdzieś ostatnio natknąłem się na stwierdzenie, że Stany to kraj kontrastów i skrajności. I z tej perspektywy przyjrzymy się im bliżej.

Można by zacząć od ogólnonarodowych podziałów na bogatą, przemysłową i „wielkomiejską” północ kontra ubogie, rolnicze i „wiejskie” południe, czy też na kontekst polityczny, czyli liberalnych Demokratów i konserwatywnych Republikanów. Przy okazji zbliżających się wyborów prezydenckich jest to niezwykle gorący temat. W ostatecznej bitwie zmierzy się dwoje jakże kontrowersyjnych kandydatów: pierwsza w historii kobieta, była pierwsza dama, oskarżana o liczne nadużycia Hillary Clinton oraz ‘rasistowska lalka voodoo zrobiona ze zużytej kociej sierści’* Donald Trump. Naprawdę ciężki wybór Ameryko! To właściwie byłby temat na oddzielny wpis, który być może się wydarzy, także tyle na dziś.   


W kontekście lokalnych skrajności chciałbym zacząć od tematu dróg. Tak, dróg. Można być pod ogromnym wrażeniem bardzo rozbudowanej sieci autostrad. Trzy, cztery pasy w każdą stronę, liczne wiadukty, mosty, tunele i olbrzymie wielopoziomowe skrzyżowania! Co zupełnie nie stoi na przeszkodzie, by te trzy, cztery pasy, wszystkie wiadukty, mosty, tunele i każdy poziom skrzyżowań były zapchane autami w godzinach szczytu. Kompletnie. Na amen! Co ciekawe, Amerykanie wpadli na genialny w swej prostocie pomysł na rozładowanie części korków: na niektórych odcinkach autostrad wyodrębnione są specjalne pasy. Tzw. carpool przeznaczony jest dla: autobusów, taksówek i… samochodów przewożących co najmniej dwoje pasażerów. W efekcie trzy, cztery pasy nadal są zapchane, a carpoole są niemalże puste. No nie pomogło.

carpool
Innym ciekawym wątkiem drogowym jest samo poruszanie się po nich. Pamiętam wyjazd z Nowego Jorku, pomimo włączonej nawigacji nasza czujność była non stop na poziomie osiem, by w odpowiednim momencie być na właściwym pasie na kolejnym rozwidleniu. I tak z dziesięć razy, nim finalnie trafiliśmy na autostradę prowadzącą do domu. Nie wiem jak ludzie wydostawali się z tego miasta 20 lat temu. Podejrzewam, że na wszelki wypadek na powrót rezerwowali dodatkowy dzień wolnego. To też tłumaczy obecność pozostałości po przydrożnych motelach, które w tamtych czasach musiały przeżywać prawdziwe oblężenie przyjmując zagubionych turystów.
Z drugiej strony mamy, niezrozumiałą dla Polaków, liczbę znaków (zarówno pionowych, jak i poziomych) na skrzyżowaniach, zjazdach/wjazdach na autostrady. 

a i tak pewnie kilku tam pojechało ;)

niby oczywista oczywistość
STOP!
Na podrzędnych skrzyżowaniach często można się spotkać ze znakiem STOP z dodatkową tabliczką "ALL WAY". Jest to dość upierdliwa i nie do końca przestrzegana zasada (zwłaszcza, gdy jest się jedynym na skrzyżowaniu) nakazująca zatrzymanie się wszystkim pojazdom, bez względu na to, z którego kierunku nadjeżdżają. A kolejność? Kto pierwszy pojawi się na skrzyżowaniu ten pierwszy je opuszcza. Wymaga przyzwyczajenia i skupienia, gdy auta nadjeżdżają z kilku stron niemal jednocześnie. 

Skoro jest temat dróg, to nie może zabraknąć samochodów. Tutaj Amerykanie naprawdę nie mają sobie równych jeśli chodzi o bogactwo różnorodności pojazdów, które można spotkać na drogach. No dobra, nie ma Renault, Citroënów, Peugeotów, ani innych Francuzów, czyli trochę się znają ;)
Jak wspominałem paliwo jest ciągle stosunkowo tanie, także nie brakuje olbrzymich pickupów z prawie sześciolitrowymi silnikami, czy SUV’ów pokroju Infinity QX80, czy Chevroleta Suburbana. Istne potwory drogowe. Na drugim końcu skali mamy nie tylko małe popularne autka takie jak Mini Cooper, Smart fortwo czy dostępny od niedawna Fiat 500, ale całe rzesze aut elektrycznych i hybryd. Ostatnio nawet przechodziliśmy obok BMW i8, cudo! Tesli też jest całkiem sporo.

Infinity QX80

Chevy Suburban


I po co to komu potrzebne...





Autonomiczne Tesle są coraz bliżej, póki co wciąż potrzebny jest kierowca. Człowiek. Kiedy myślimy o Amerykanach w głowie rysuje nam się obraz ludzi otyłych. Czy tak jest naprawdę?
Jest gorzej…
Ekstremalne grubasy są wszędzie (bo samo słowo grubas to za mało), w każdym kolorze skóry. I poniekąd trudno im się dziwić, kiedy dookoła same fast food’y i napoje gazowane w rozmiarach XXL. Ostatnio w Burger Kingu widziałem plakaty reklamujące chicken fries, czyli kurczakowe frytki oraz Mac n’ Cheetos, czyli panierowane pałeczki serowe z makaronem w środku smażone na głębokim oleju… I to wszystko za jedyne kilka dolarów, serwowane w kilka minut, często nawet bez konieczności wysiadania z samochodu. Drive thru bankomaty też nie pomagają ;)

tak to wygląda na oficjalnych materiałach... bleh
tak, to bankomat :)
Jak się zapewne domyślacie jest też druga strona medalu: całe sekcje ze zdrową żywnością, naklejki ‘organic’ na większości owoców i warzyw, produkty bezglutenowe i inne bez-, kurczaki bez hormonów i antybiotyków, działy dla wegetarian i wegan. Niestety ceny takich produktów, podobnie zresztą jak w Polsce, są często dwa, trzy razy wyższe, niż ich klasycznych odpowiedników.
Jest zdrowe jedzenie, są też zdrowi ludzie. Nie brakuje osób, które godzinami przesiadują na siłowniach, basenach, oddają się cross fitowi i innym prozdrowotnym czynnościom. Atleci żywcem wyjęci z olimpiady (w końcu USA wygrało klasyfikację medalową) kręcą się po ulicach w drodze od treningu do treningu.

Jedną z bardziej wizualnych form kontrastu jest bliskość skrajnie różnych dzielnic. Nawet w samym Hartford można łatwo natknąć się na świetny przykład, gdzie w jednej chwili przejeżdżamy przez bogatą dzielnicę willową, w której mieszka, m.in. gubernator, by za chwilę znaleźć się w puertorykańskim getcie. I choć dwa te światy dzieli zaledwie 200 metrów to jednak istnieje między nimi niewidzialna granica, która nie pozwala im się mieszać.

Różne narodowości mają swoje małe społeczności, w tym jest również Little Poland znajdująca się w New Britain i zrzeszająca największą grupę polonijną w CT. Są tu polskie sklepy, restauracje, bary, banki, kościoły, kioski, piekarnie, jest też nawet dumnie brzmiący (i zapewne dziwacznie dla wszystkich innych) monopolowy, a w powietrzu unosi się zapach pierogów i smażonej cebuli. A wszystko to okraszone klimatem i mentalnością lat 80-tych. 

jak w domu ;)
pod słońce było :P

Czy te kilka przykładów wystarczy, by stwierdzić, że Ameryka to kraj kontrastów? Wymieniać można by jeszcze wiele, te powyższe są z mojego podwórka, piszcie jeśli macie jakieś swoje spostrzeżenia :)

Na zakończenie mały bonus, niby prosto z Ameryki, choć patrząc po dostawczaku, to raczej gdzieś w Europie:



Trzymajcie się ciepło!




*racist voodoo doll made of discarded cat hair – tak nazwał Trump’a John Oliver, gospodarz programu HBO „Last Week Tonight”, polecam ze względu na cięty i często bezpardonowy komentarz dotyczący bieżących tematów.


Friday, August 5, 2016

koncertowo

Cześć i czołem!

Wiem, wiem, kolejny weekend i kolejne imprezy, cytując klasyka: "ja wiedziałem, że tak będzie". 
Tym razem postanowiliśmy połączyć przyjemne z przyjemnym, także wybór padł na Chicago (czyt. Czikago) i Lollapaloozę (w skrócie Lollę). 

Choć niewiele brakowało, by wyjazd w ogóle się nie odbył. Plan, ze względów kosztowych, był taki: albo lecimy i znajdujemy jakąś miejscówkę na couchsurfingu* albo jedziemy autem i wynajmujemy coś na airbnb**. 
Druga opcja została przez nas porzucona ze względów logistycznych, stwierdziliśmy, że weekendowy wyjazd jest za krótki, by warto było pokonywać 890 mil (1430 km) samochodem, to jakieś 13,5 godziny jazdy non-stop w jedną stronę, o dużo za dużo.
Poszukiwania gospodarza w tak gorącym okresie, jakim jest Lollapalooza, okazały się być o wiele trudniejsze, niż mi się początkowo wydawało. Łącznie wysłałem ponad 25 zapytań (odpowiednio je modyfikując), by dostać to jedno potrzebne "tak". Dodatkowo zaproszenie potwierdził nowy członek couchsurfingowej społeczności nieposiadający jeszcze żadnych referencji. I to wszystko w momencie kiedy myślałem, że sprawa jest już stracona, a mianowicie w czwartek po południu! 
No cóż, pozostawała jeszcze kwestia przelotów i jak patrzyłem wcześniej, to nie wyglądało to zbyt obiecująco. Ceny lotów z Hartford wahały się od $350 do ponad $580, więc pozostawała opcja wylotu z Bostonu (2 godziny jazdy +opłata za parking). 
Nie wiem jak to się stało, że na dzień przed wylotem udało nam się znaleźć bezpośredni lot z Hartford, w dogodnych godzinach za niecałe $280. Grunt, że się udało. 

Wszystkie rezerwacje potwierdzone, plecaczki spakowane, obiad zjedzony, już mamy szykować się do wyjścia, a tu informacja o... najpierw kilkugodzinnym opóźnieniu lotu, a następnie o jego anulowaniu. Jakieś burze nad Waszyngtonem cofnęły nasz samolot. 
Oczywiście, że nas to nie powstrzymało! Udało nam się 'przebookować' lot na pierwszy poranny i o 6:40 w sobotę byliśmy już na pokładzie samolotu linii United. 

Dwie godziny lotu w porównaniu do potencjalnych 13,5 godzin jazdy to pikuś. Lotnisko w Hartford jest podobne rozmiarowo do tego w Gdańsku, więc odprawa poszła sprawnie, zwłaszcza w przypadku posiadania jedynie bagażu podręcznego. Drobne różnice: tu trzeba zdejmować również buty oraz pierwszy raz przechodziłem przez obrotowy skaner, który, jak właśnie doczytałem, 'rozbiera' pasażerów.
Po przylocie zamówiliśmy sobie uber'a, wykorzystując Tommiego darmowy kod na przejazd dla nowych klientów (nie wiem, czy zadziała w Europie, ale jak ktoś ma chęć to proszę korzystać: arekw30ue, taki mały product placement :) ). 
Na miejscu okazało się, że zarówno nasze lokum, jak i gospodarz w pełni odpowiadał opisowi, także duża ulga na dzień dobry. 
Teraz pozostawało jeszcze zdobyć bilety na festiwal, który oczywiście od dawna był wyprzedany :) 
To również poszło nam bardzo sprawnie, znaleźliśmy 'dziewczynę z ogłoszenia', która odsprzedała nam dwie opaski nawet trochę poniżej ceny rynkowej. 

W sobotę zaliczyliśmy kilka typowo turystycznych atrakcji, m.in. Magnificent Mile. Jest to odpowiednik Nowojorskiej Piątej Alei, z mnóstwem ultra drogich i ekskluzywnych sklepów i miłej dla oka architektury. Co ciekawe, ludzi na ulicach mnóstwo, a w sklepach tak jakby świeciło pustkami, ach Ci turyści!

Mag Mile

Na końcu Alei znajduje się John Hancock Building, znany również jako 360 Chicago. Ukończony w 1969 r. był wówczas drugim najwyższym budynkiem na świecie (zaraz po Empire State Building w Nowym Jorku). Dziś jego 343,5 m. (do dachu, zaś z antenami jest to 457,2 m.) dają mu dopiero czwarte miejsce w samym Chicago, a 33. na świecie!
33-cie? Nie wchodzimy ;)


100 pięter
i windy z prędkością > 9 m/s!

Chicago znane jest powszechnie, jako Wietrzne Miasto. Jak się okazało, ma to niewiele wspólnego z samym wiatrem wiejącym od jeziora Michigan, a... z polityką. Dokładniej chodziło o usilne starania polityków, by właśnie w Chicago zorganizować Wystawę Światową w 1893 roku i "ciepły wiatr wiejący z ich ust w stronę Nowego Jorku". 
Historia ta łączy się poniekąd z innym przydomkiem - "Second City" (Drugie Miasto). W 1871 roku doszło do olbrzymiego pożaru, który pochłonął większość drewnianego wówczas miasta. Podobno kobieta łapiąca w swojej stodole Pokemony przypadkowo przewróciła lampę naftową. A tak serio, nie ma oficjalnej przyczyny powstania pożaru. Inną ciekawostką jest jednak to, iż w miejscu jego rozpoczęcia znajduje się obecnie centrum szkoleniowe straży pożarnej :)


Naszym następnym przystankiem było Navy Pier, czyli nabrzeże, z którego można wybrać się na wycieczkę promem wzdłuż jeziora albo zaliczyć trasę architektoniczną płynąc rzeką. Jest to również miejsce z fantastycznym widokiem na panoramę miasta.  


widoczki, widoczki


i jeszcze trochę widoczków z drugiej strony

Muszę przyznać, że miasto zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jest dużo większe i ładniejsze, niż myślałem, choć może to też dlatego, że nie nastawiałem się zbyt mocno, skupiając główną uwagę na Lollapaloozie. 
Festiwal ten obchodził w tym roku swoje 25-ciolecie i mógł się pochwalić obecnością fantastycznych artystów. 4 dni to jednak za wiele, zarówno czasu, jak i pieniędzy, czyli czasu do kwadratu. 



line up

Festiwal odbywał się w samym centrum miasta, na terenie Grant Parku. Olbrzymia powierzchnia, 7 scen, dzikie tłumy sięgające 100.000 ludzi dziennie! 
Przy jednym z barów powiedziano nam, że tylko na tym jednym stanowisku (a takich barów było kilkanaście) zatrzymano ponad 350 fake IDs (podrabianych dokumentów tożsamości; w USA można pić legalnie dopiero po ukończeniu 21 lat). 
Natomiast świetnymi pomysłami okazały się stacje, gdzie można było bezpłatnie napełnić dowolny pojemnik zimną wodą oraz kilka ponad dwumetrowych wiatraków z podczepionymi wężykami z wodą tworzącymi chłodną mgiełkę. Genialne!

Nasze koncertowe szaleństwa przypadły na niedzielę i tego dnia udało nam się zaliczyć: Oh Wonder, Marian Hill, Years & Years, Aurorę, HAIM i Ellie Goulding.
Największym zaskoczeniem okazała się najmniej znana w tym gronie Aurora, młoda Norweżka, która powaliła nas swoją szczerością i spontanicznością na scenie, no i do tego ma fantastyczne piosenki. 
Jeśli jeszcze nie znacie Jej twórczości to polecam przesłuchać kilka utworów, a dla tych, którzy chcieliby poczuć odrobinę klimatu festiwalu, link do całego koncertu (jeśli to za mała zachęta, to dodam, że nas też tam trochę widać od czasu do czasu):



Po całym dniu pełnym muzycznych doznań, przyznaję się bez bicia, po prostu padałem na twarz. Po ostatnim koncercie morze ludzi rozlało się po ulicach miasta i widząc to zacząłem wątpić w możliwość dotarcia do domu tej nocy. Okazało się jednak, że liczne i rozległe ulice Chicago wchłonęły każdą ilość ludzi i na naszej stacji metra czekało zapewne mniej osób, niż podczas codziennych godzin szczytu. 

W poniedziałek, jak na porządnych turystów przystało, odbyliśmy wspomniany wcześniej architektoniczny rejs wzdłuż rzeki. Co prawda większość trasy można już odbyć pieszo, po nowo wybudowanych bulwarach(?), jednak górę wzięła idea: mało chodzenia, dużo zwiedzania. 


Trump Tower

śmiało parkuj :)

Tu należałoby wspomnieć kilka innych przykładów wieżowcowych z Sears Tower (obecnie Willis Tower), czy też powyższym Trump Tower na czele, ale nie będę Was zanudzać. Może sami któregoś dnia postanowicie wybrać się do Chicago, także będziecie mieli wiele do odkrycia. 

Na koniec tylko wspomnę, że przytrafiła nam się kolejna miła niespodzianka: spotkaliśmy członków zespołu Oh Wonder jedzących sobie lunch, dostałem autograf :)

I na koniec końca jeszcze dwie foteczki z widokiem na rozświetlone nocą miasto. 


mają rozmach...

...nie ma co :)

Dzięki i do następnego razu!






*couchsurfing.org - strona zrzeszająca podróżników z całego świata, idea polega na oferowaniu bezpłatnych noclegów ludziom odwiedzającym dane miasto/miejsce
**airbnb.com - tu natomiast można wynająć pokój/mieszkanie od prywatnych osób, w cenie dużo niższej niż hotelowej