Hejkum dejkum,
W dzisiejszym odcinku, na
prośbę jednej z wiernych czytelniczek, zajmiemy się chlebem naszym powszednim,
czyli jedzeniem pod różnymi możliwymi postaciami. Polecam nie zasiadać do
lektury na pusty żołądek ;)
W sumie, dlaczego nie,
zacznijmy od chleba, który tutaj nijak ma się do tego, co w Polsce jest
dostępne w pierwszej lepszej piekarni. Jeśli macie na myśli zapach jeszcze
gorącego, dobrze dopieczonego bochenka i tej chrupiącej skórki to… na pewno nie
jesteście w Stanach. Najpowszechniejszą formą ‘tego czegoś’, co tu nazywa się
chlebem, jest biały chleb tostowy: kwadratowe kromki, zapakowane w worek,
zupełnie bez smaku, zapachu, za to mięciutkie jak gąbka. Oczywiście są też inne
rodzaje: z pełnego ziarna, żytnie, wielozbożowe, o różnych dumnie brzmiących
nazwach, w kształcie klasycznych bochenków, z glutenem i bez, ale ciągle jest
to zapakowana w worek, pokrojona, bezsmakowa gąbka. Zjadliwe po stostowaniu (i
taki napis powinni dodać na opakowaniu!). Dostępne jedynie w supermarketach, bo
piekarnie jako takie nie istnieją.
Ostatnio nawet trafiłem na
poniższy demot, który bardzo dobrze podsumowuje ten temat. Także pojęcie
‘emigracji za chlebem’ nabiera nowego, paradoksalnego znaczenia.
![]() |
| 'chleby' |
Na szczęście są jeszcze
bagels, czyli wywodzące się z Polski, a przywiezione do Stanów przez żydowskich
emigrantów, bajgle. Tu już sprawa ma się
nieco lepiej jeśli chodzi zarówno o smak, jak i o konsystencję. W przeciwnym
razie nie wiem co ja bym jadł na śniadania!
![]() |
| klasyka, czyli BLT: Bacon, Lettuce, Tomato and mayo ;) |
Takim śniadaniowym smakołykiem
- klasykiem, w nieco odmiennej niż u nas formie, są pancakes [pankejks],
najbliżej im do naleśników, choć są mniejsze i grubsze i polane olbrzymią
ilością syropu klonowego. Obrzydliwie słodkie J
Z kolei nasze naleśniki tutaj
są określane mianem francuskim, czyli crêpes [krejps] albo [kreps]. I tak jak u
nas dostępne są zarówno w wersji słodkiej, jak i wytrawnej, także nie będę im
poświęcał więcej uwagi (najlepsze jakie jadłem: z krewetkami i szpinakiem w
curry, pyyycha!).
Mam wrażenie, że w dni
powszednie śniadaniem większości pracujących Amerykanów jest kawa. I może jakaś
szybka kanapka do tego, typu: jajko, bekon, ser.
W takim razie co na lunch?
Opcji, w zależności od miejsca pracy i budżetu jest wiele. Sałatka, wrap,
burger, jakiś makaron… Do wyboru do koloru.
Zdecydowana większość ludzi je
lunch ‘na mieście’, a i tu jest wyjątek, który stanowią Hindusi. Ci zazwyczaj
mają swoje posiłki popakowane w małe, kolorowe, liczne pojemniki, a samo
jedzenie jest bardzo aromatyczne.
Myślę, że popularność jedzenia
poza domem ma nie tylko charakter kulturowy, ale i czysto ekonomiczny. Wiadomo,
czas to pieniądz, więc przygotowywanie posiłków w domu jest ‘kosztowne’, do
tego dochodzi jeszcze kwestia różnicy cen jedzenia w restauracji w stosunku do
kosztu zakupów. O ile w Polsce możemy stosunkowo tanio zrobić zakupy dla
czteroosobowej rodziny, przy porównywalnie wysokim rachunku za obiad dla tej
czwórki w restauracji, o tyle tutaj znacznie więcej zapłacimy za zakupy, a
relatywnie mniej za jedzenie w knajpie. Voilà.
Wracając do jedzenia.
Klasyczna amerykańska trójka barowa to: burgery, skrzydełka i pizza.
Opcją, którą ja często
wybieram jest burger i to trzeba Amerykanom przyznać, wychodzi im on znakomicie.
I nawet biorąc pod uwagę znaczny postęp, jaki nastąpił w Polsce w tej materii,
to jednak burgery tutaj nie mają sobie równych. Niby banalna sprawa: bułka, kawałek
mięcha, ser i jakieś warzywa…
Poniższy, sfotografowany
specjalnie ku tej okazji, zawierał: ser Gruyère, Blue Cheese, bekonowo
karmelizowaną cebulę, sos czosnkowy aioli, rukolę; dostępny był w wersji z
wołowiny albo bizona (smakują tak samo, ale jest to opcja, by kasować dodatkowe
$3) i do tego chrupiące krążki cebulowe. Aż się zrobiłem głodny!
![]() |
| burgerowe pyszności |
Jeśli zaś chodzi o różnorodność
smaków to, tak, tak, skrzydełka nie mają sobie równych! Większość barów ma w
swojej ofercie co najmniej 15 wariantów: od łagodnych, czy wręcz słodkich jak
Sweet BBQ (barbecue), poprzez średnio ostre, np. Parmesan Garlic (pieczony
czosnek z parmezanem), na piekielnie pikantnych kończąc, tu Mango Habanero
brzmi kusząco. Każda porcja serwowana jest z kawałkami surowych marchewek i
selera naciowego oraz sosu (no double dipping!).
Do tej pory zastanawia mnie
czym są skrzydełka bez kości… Moja wyobraźnia tego nie ogarnia, a jakoś nie
kusi mnie, by spróbować. Wydaje mi się, że skrzydełka to są jedynie z nazwy.
![]() |
| Whaaaaaaaat?! |
Trzecia na podium pizza, w
oferowanej tu wersji, nie do końca trafia w moje upodobania smakowe. Tzw. New
York Style dotyczy średniej grubości ciasta, najczęściej w wersji z pepperoni.
Oczywiście rodzajów jest więcej, ale tak czy siak, jest to zwykle jeden, czy
dwa składniki. Nic specjalnego.
Wyjdźmy już może z baru, pora
przenieść się do restauracji. I tu ze względu na całe bogactwo i różnorodność
dostępnych kuchni skupię się tylko na kilku najpopularniejszych. Na początek kuchnia
meksykańska. Z przykrością stwierdzam, że restauracje dostępne w Polsce
znacznie odbiegają od tutejszych standardów. Może to kwestia dostępności
składników (przypraw?), a może prawdziwie meksykańskich kucharzy, tak czy siak
przepaść jest znacząca i przewija się podczas całego kulinarnego doświadczenia.
No i to guacamole!
Ciężko jest mi coś napisać o
kuchni azjatyckiej, gdyż istnieje ona w tak licznych wariantach, że zamknięcie
tego w jednym akapicie wydaje się być niemożliwe. Od malutkich speluniastych
knajpek, które głównie nastawione są ‘na dowóz’, poprzez chińskie bufety, w
których ‘jesz ile chcesz’, na tematycznych i klimatycznych restauracjach
kończąc. Często takie miejsca oferują BYOB (Bring your own beverage/bottle/beer,
czyli przynieś swój własny napój, butelkę, piwo), kasując jedynie ‘opłatę
korkową’, za otwarcie butelki wina.
No i jest jeszcze sushi! Ciągle
wychodzi ono dość drogo, na szczęście jest dość popularne na tutejszym
Grouponie, jak również są dostępne miejsca z ‘all you can eat’, czyli
wspomniane wcześniej ‘jesz ile chcesz’. Do padnięcia ;)
Podejrzewam, że gdzie, jak
gdzie, ale w Polsce ten format, by się nie przyjął.
Na koniec kulinarnej podróży
chciałbym Was zabrać do jakiejś wykwintnej restauracji, gdzie możemy
rozkoszować się homarem, bądź też przygotowanym wedle życzenia stekiem. Ceny
dań głównych to przeważnie ok. $40 - $50, także pozwolę sobie zacytować
klasyka: ‘cena zabija smak’. Z pomocą przychodzą nam tu jednak takie wydarzenia
jak Taste of Hartford, gdzie restauracje oferują przygotowane specjalnie na tę
okazję małe menu: do wyboru mamy jedną z trzech przystawek, jedno z trzech dań
głównych oraz krótką listę deserów, a to wszystko w stałej cenie, w tym roku
było to $20.16 za lunch i $30.16 za obiad.
To oczywiście nie jest
finalnym kosztem, gdyż do rachunku doliczany jest zarówno podatek (ok. 8-9%)
oraz napiwek, który zwyczajowo wynosi 18% wartości rachunku.
Ciekawym trendem w tych
lepszych restauracjach jest szczycenie się współpracą z lokalnymi dostawcami.
Niektóre organizują wydarzenia pod nazwą ‘farm to table’ (z farmy na stół),
stawiając na miejscowe farmy, czy niewielkie hodowle. Co oczywiście przekłada
się na wyższą cenę.
Nic tylko jeść! I pić. A propos, jutro odbywa się festiwal piwa, na którym będzie 29 lokalnych browarów, także jest pomysł na następny wpis ;)
Jeżeli podczas czytania tego
tekstu uruchomiła się u Was produkcja śliny albo pojawiło burczenie w brzuchu,
to uznam to za spory sukces!
Do następnego razu. Jeśli
macie jakieś życzenia tematyczne, śmiało piszcie w komentarzach.
![]() |
| a na deser świeżo pieczony PIES :D |






Aaa! Dzięki wielkie! Jestem zachwycona tym wpisem i na maksa zgłodniałam! Te burgery!!! Ciekawi mnie ten festiwal piwa. Z niecierpliwością będę czekać na wpis :))
ReplyDeletePozdrowionka :))